Rozdział 5 Naleśnik
[Freya]
– Proszę, obudź się – błagałam, kołysząc ją delikatnie. – Możemy zacząć od nowa. Postaram się bardziej, obiecuję. Będę cierpliwsza, bardziej wyrozumiała. Tylko proszę, wróć do mnie.
Spędziłam cały dzień przy jej łóżku, mówiąc do niej, czytając na głos jej ulubione magazyny, puszczając na telefonie muzykę, którą kochała. Ale nie było nic – żadnego trzepotu powiek, żadnego uścisku palców, żadnego znaku, że mnie słyszy.
Tamtej nocy wróciłam do pustego mieszkania i połknęłam cztery tabletki melatoniny, a potem stanęłam pod gorącym prysznicem, wpatrując się w swoje ramiona. Targ nie zadziałał. Musiałam zaoferować więcej.
Druga noc wyglądała tak samo. Siedziałam nieruchomo na niewygodnym szpitalnym krześle, patrząc na mechaniczne unoszenie się i opadanie jej klatki piersiowej, słuchając rytmicznego pikania, które potwierdzało, że wciąż jest ze mną – technicznie żywa. Świetlówki rzucały na jej twarz chorobliwą poświatę, przez co wyglądała woskowo, jakby już odeszła. Trzymałam ją za rękę, pocierając kciukiem skórę, która była zbyt chłodna, zbyt gładka, zupełnie niepodobna do ciepłych, spracowanych dłoni, które pamiętałam z dzieciństwa. Pielęgniarki przychodziły i wychodziły. Nocna zmiana zastępowała dzienną. A ja wciąż siedziałam, bo bałam się, że jeśli wyjdę, coś się zmieni – nie na lepsze, tylko na gorsze.
A trzecia noc była inna. Kiedy patrzyłam, jak wskazówki zegara bezlitośnie przesuwają się naprzód, przepływała przeze mnie desperacka energia. Siedemdziesiąt dwie godziny – tyle powiedział dr Salvatore. Termin, do którego miała się obudzić, do którego jej mózg miał wykazać aktywność, zbliżał się z przerażającą ostatecznością.
– Mamo, proszę – wyszeptałam, ściskając jej dłoń tak mocno, że zbielały mi knykcie. – Musisz się teraz obudzić. Kończy ci się czas. Nam kończy się czas.
O północy, kiedy nadal nie było żadnej zmiany, coś we mnie pękło. Zataczając się, wyszłam tylnym wyjściem ze szpitala w lodowate listopadowe powietrze. Zaczął padać lekki śnieg, oprószając betonowe ławki bielą. Osunęłam się na jedną z nich, nie czując zimna przenikającego przez mój strój medyczny, i wreszcie pozwoliłam sobie płakać – głęboko, rozpaczliwie, szlochając tak, że brakowało mi tchu.
Niski warkot przeciął mój żal. Zamarłam, unosząc wzrok przez zasnute łzami oczy.
Niecałe trzy metry ode mnie stało ogromne zwierzę – za duże na psa, a jednocześnie zbyt „udomowione” w postawie, by było wilkiem. Jego ciemna sierść zlewała się z nocą, ale oczy łapały światło szpitalnych lamp ochrony, odbijając niesamowitą, bursztynową poświatę.
Powinnam była się przerazić. Zamiast tego poczułam dziwny spokój, gdy stworzenie podeszło, opuszczając wielką głowę do poziomu moich oczu. Bez obroży. Bez identyfikatora. Tylko dzika inteligencja w tym spojrzeniu.
– Hej – szepnęłam ochryple od płaczu. – Też się zgubiłeś?
Zwierzę prychnęło, a jego ciepły oddech był widoczny w zimnym powietrzu, po czym – niewiarygodne – usiadło obok mojej ławki. Nie zastanawiając się, wplotłam palce w jego gęstą sierść i oparłam się o jego solidne ciepło.
– Moja mama umiera – powiedziałam mu, a słowa zaczęły się ze mnie wylewać. – I nie potrafię jej pomóc. Mam być lekarzem, a nie potrafię jej pomóc.
Stworzenie słuchało z niepokojącą uważnością, od czasu do czasu trącając moją dłoń, kiedy głos mi się łamał.
Później – nie wiem, jak dużo później – przypomniałam sobie o nadgryzionej kanapce w torbie. – Jesteś głodny? Poczekaj tutaj.
Poszłam do całodobowego sklepu na rogu ulicy i kupiłam hot doga w foliowym opakowaniu. Kiedy wróciłam, odwinęłam go i podałam mięso mojemu dziwnemu towarzyszowi, ten odwrócił głowę z czymś, co wyglądało zadziwiająco podobnie do pogardy.
—Za dobre na przetworzone mięso, co? —Zaskoczyłam samą siebie śmiechem. —Dobra, zjem.
Kiedy szłam z powrotem do swojego mieszkania, zwierzę podążało za mną, trzymając się w pełnym szacunku dystansie, ale wyraźnie mi towarzysząc. Jakaś część mnie rozpoznawała szaleństwo w tym, że pozwalam, by potencjalnie niebezpieczne dzikie zwierzę szło za mną do domu, ale nie potrafiłam zmusić się, żeby się tym przejąć.
W moim lodowatym mieszkaniu zatoczyło dwa kręgi na podłodze obok łóżka, po czym położyło się, a jego ogromne ciało promieniowało ciepłem jak piec. Poszłam prosto do kuchennej szafki, gdzie trzymałam alkohol, i wyciągnęłam butelkę taniej whisky, już do połowy opróżnioną.
—Napijesz się? —zapytałam stworzenie, nalewając hojnie do kubka. —Nie? To więcej dla mnie.
Nie bawiłam się w lód ani wodę, po prostu brałam duże, palące łyki, aż poczułam, jak znajome, otępiające ciepło rozlewa mi się po klatce piersiowej. Zwierzę patrzyło na mnie tymi inteligentnymi oczami, kiedy nalewałam drugi kubek, potem trzeci.
—Wiesz, czego naprawdę by mi teraz trzeba? —powiedziałam, a słowa zaczęły mi się już plątać, gdy zsunęłam się po ścianie, żeby usiąść na podłodze. —Naleśników. Wielkich, puszystych naleśników z syropem. —Spojrzałam na stworzenie i zachichotałam, kiedy mój przesiąknięty alkoholem mózg podsunął mi pomysł. —Tak cię nazwę. Naleśnik. Wyglądasz jak Naleśnik.
Świeżo ochrzczony Naleśnik przechylił łeb, wyglądając na zaskakująco sceptycznego wobec swojego imienia.
Kiedy dotarłam do dna butelki, leżałam rozciągnięta na podłodze, przeczesując palcami gęste futro Naleśnika i opowiadając mu historie o studiach medycznych i o mojej matce, których nigdy nikomu nie powiedziałam.
Naleśnik tylko patrzył na mnie tymi niepokojąco inteligentnymi oczami.
Naleśnik wskoczył obok mnie, a jego ciężar sprawił, że stare sprężyny zaprotestowały skrzypnięciem. Przytuliłam się do jego ciepła, a pokój wirował wokół mnie przyjemnie.
—Dobranoc, Naleśniku —wymamrotałam, już na wpół śpiąc. —Pewnie rano cię tu nie będzie. Nic dobrego nigdy nie zostaje.
Kiedy obudziłam się w sobotni poranek — czwartego dnia od próby samobójczej mojej matki — głowa mi pulsowała, a w ustach miałam sucho jak papier ścierny. Naleśnika nie było na łóżku, jak się spodziewałam. Jęknęłam, przyciskając dłonie do skroni, gdy moją uwagę przyciągnął zapach — słodki i maślany.
Zmuszając się, otworzyłam oczy i skrzywiłam się od światła. Na moim chwiejnym kuchennym stole stała biała papierowa torba. Zwlokłam się z łóżka, zatoczyłam się do niej i otworzyłam, znajdując w środku stos naleśników, wciąż ciepłych, z parą unoszącą się znad ich złocistych powierzchni. Obok stał mały pojemniczek syropu klonowego.
Wpatrywałam się w naleśniki, potem w zamknięte na klucz drzwi, a potem znów w naleśniki. Nie było żadnej karteczki, żadnego wyjaśnienia. Tylko śniadanie, dokładnie to, o co zażartowałam, czekające na mnie, jakby dostarczone przez magię — albo przez stworzenie, które nie mogło przecież istnieć.
Po prysznicu i pochłonięciu tajemniczo zdobytych naleśników — które, trzeba przyznać, były najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłam — ruszyłam do szpitala. Trzydniowy termin minął i przepadł, a jednak wciąż kurczowo trzymałam się irracjonalnej, desperackiej nadziei, że jakoś moja matka sprzeciwi się ustalonym zasadom medycyny. Niech diabli wezmą naukę medyczną — nie byłam gotowa jej puścić.
Kiedy dotarłam do sali mojej matki, zatrzymałam się w progu, a serce mi opadło. Doktor Salvatore już tam był, stał przy jej łóżku, a jego wysoka sylwetka odcinała się na tle okna. Ramiona miał napięte w sztywnej linii, a wyraz twarzy poważny i ponury, gdy studiował jej kartę.
