Rozdział 7 Odsłonięte rany
[Freya]
Słowa uderzyły mnie jak policzek. – Co ty powiedziałeś? – przysunęłam się bliżej drzwi.
– Słyszałaś – odparł chłodno. – Ta kobieta nie potrafiła utrzymać porządnej pracy, więc zaczęła sprzedawać krew tym podziemnym klinikom, żeby zapłacić za twoją ukochaną szkołę medyczną. Tak właśnie wplątała się w towarzystwo tych ludzi, którzy ją wciągnęli w to świństwo.
Zabrakło mi tchu. Kolana się pode mną ugięły, gdy oparłam się o drzwi. Mama sprzedawała krew? Dla mojego wykształcenia? Zawsze zakładałam, że jej uzależnienie zaczęło się po tym, jak sklep został sprzedany, żeby spłacić hazardowe długi taty – jako sposób na poradzenie sobie z utratą wszystkiego, na co pracowała, a nie… z tym.
– Kłamiesz – wyszeptałam, ale w żołądku już osiadała okropna pewność. To wyjaśniało tak wiele – ślady po wkłuciach, które zawsze ukrywała, i to, jak szybko się staczała. Większość uzależnionych zaczyna od palenia albo wciągania, a mama od razu sięgnęła po igły.
– Jak śmiesz! – W końcu odzyskałam głos, drżący z wściekłości. – Mama miała świetnie prosperujący sklepik na rogu, zanim przegrałeś wszystko w hazardzie! Radziła sobie doskonale, dopóki nie wziąłeś tych pożyczek pod zastaw firmy i nie straciłeś wszystkiego w kasynie. Straciła wszystko przez ciebie!
– Wynoś się! – wrzasnęłam przez drzwi, uderzając w nie dłonią. – Wynoś się i nigdy nie wracaj!
Zasunęłam metalową osłonę na wizjer i cofnęłam się od drzwi, osuwając się po przeciwległej ścianie, podczas gdy jego kroki i przekleństwa stopniowo oddalały się korytarzem.
Zataczając się, dotarłam do łazienki i przez łzy wpatrywałam się w swoje odbicie. Przez chwilę wyobraziłam sobie, że połykam wszystkie tabletki z apteczki, że tnę się głębiej niż wcześniej, że po prostu kończę z tym nieznośnym poczuciem winy. Tak łatwo byłoby do niej dołączyć, odpłynąć w tę samą ciemność.
Ale nie mogłam. Kto by o nią walczył, gdyby mnie zabrakło? Kto siedziałby przy jej łóżku, trzymał ją za rękę, pilnował, żeby pielęgniarki ją obracały, by nie dostała odleżyn?
A jeśli by się obudziła? A jeśli jutro byłby tym dniem, kiedy wreszcie otworzyłaby oczy? A jeśli zawołałaby mnie po imieniu, poprosiła o wodę, ścisnęła moją dłoń w odpowiedzi? Nie mogłam przegapić tej chwili – nie po wszystkim, co dla mnie poświęciła.
Moja mama mnie potrzebowała. Nawet teraz, uwięziona gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią, potrzebowała mnie.
Chlusnęłam na twarz zimną wodą i zacisnęłam palce na umywalce, aż zbielały mi knykcie. Musiałam iść dalej. Dla niej. Nie było innego wyjścia.
Następnego dnia siedziałam przy łóżku mamy, zerkając na telefon między kontrolami parametrów życiowych. Moja agentka nieruchomości właśnie napisała: ponieważ wystawiłam mieszkanie dużo poniżej ceny rynkowej, dwóch potencjalnych kupujących już wyrażało poważne zainteresowanie. Musiałam spotkać się z nią po dyżurze, żeby omówić oferty. Działo się to szybciej, niż się spodziewałam – mała łaska w tym koszmarze. Jeśli sprzedaż szybko dojdzie do skutku, będę mogła opłacić opiekę nad mamą przynajmniej przez kilka miesięcy, dopóki nie wymyślę bardziej trwałego rozwiązania.
Właśnie schowałam telefon, kiedy usłyszałam zamieszanie na korytarzu. Przez szklane drzwi zobaczyłam Marcusa, jak głośno kłóci się z pielęgniarkami.
—Gdzie ona jest? Chcę złożyć skargę! Moja córka odmawia pomocy własnemu ojcu! — wrzeszczał.
Wyszłam z sali na OIOM-ie, a serce zapadło mi się w środku. — Co ty tu robisz?
— A, jesteś — powiedział Marcus, a jego głos niósł się po całym piętrze. — Ta dziewczyna tutaj zaniedbuje obowiązki wobec rodziny! Jestem jej ojcem, a ona nawet nie chce mi pomóc zapłacić czynszu, kiedy zaraz mnie wyrzucą!
Kilku pracowników i odwiedzających odwróciło się, żeby popatrzeć na rozgrywającą się scenę.
— Przestań — syknęłam, śmiertelnie zawstydzona. — To jest szpital.
— O, na swoją ćpunkę matkę ma pieniądze, a dla biednego starego tatusia już nie! — ciągnął Marcus, grając pod publiczkę. — Tak Green Hospital szkoli swoich lekarzy? Żeby porzucali własną krew?
— To ty porzuciłeś nas piętnaście lat temu — powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
— Ale wróciłem, prawda? — prychnął z szyderstwem. — I teraz potrzebuję pomocy. A ty zamiast tego wyrzucasz tysiące na tę straconą sprawę. — Skinął w stronę sali mamy. — Musimy porozmawiać o tym absurdalnym marnowaniu pieniędzy, które uprawiasz.
— Ciszej — ostrzegłam, boleśnie świadoma spojrzeń innych pacjentów i rodzin.
— Nie obchodzi mnie, gdzie jesteśmy — powiedział Marcus głośno. — Wyrzucasz tysiące dolarów na warzywo! Ona nigdy się nie obudzi, Freya. Czas spojrzeć prawdzie w oczy.
— Nie nazywaj jej tak — powiedziałam, a głos zadrżał mi ze złości.
— Jak mam ją nazywać? Warzywem? Bo tym jest! — Marcus znów wskazał na salę mamy. — A ty jesteś zbyt głupia, żeby to zobaczyć. Tak jak ona — zawsze podejmowała idiotyczne decyzje i przepuszczała pieniądze.
— Przestań—
— Wiesz co? Może to i lepiej — ciągnął Marcus, a jego ton stawał się coraz bardziej okrutny. — Przynajmniej teraz nie może już ciągnąć cię na dno. Nie zrobi z ciebie kolejnej ćpunki, życiowej porażki jak ona.
Te słowa uderzyły we mnie jak fizyczne ciosy. — Jak śmiesz—
— Pogódź się z tym, dzieciaku. Twoja matka zawsze była nic niewarta. Ćpunka, która nawet nie potrafiła porządnie się zabić. A teraz zbankrutujesz, utrzymując jej trupa przy oddychaniu. Lepiej byś zrobiła, gdybyś wydała te pieniądze na coś, co naprawdę ma znaczenie.
Coś we mnie pękło. Moja dłoń przemknęła przez dzielącą nas przestrzeń i złączyła się z jego policzkiem w ostrym policzku, który odbił się echem po korytarzu.
Twarz Marcusa wykrzywiła się z wściekłości. — Ty mała suko!
Rzucił się do przodu i mocno mnie popchnął. Zachwiałam się, straciłam równowagę i z bolesnym łupnięciem uderzyłam o podłogę. Kiedy upadałam, rękaw podwinął mi się, odsłaniając równe rzędy nacięć na przedramieniu.
Marcus zawisł nade mną z uniesioną pięścią, ale zanim zdążył uderzyć, między nami pojawił się dr Salvatore i żelaznym uściskiem chwycił Marcusa za nadgarstek.
— Tknij ją — powiedział Emerson, a jego głos był śmiertelnie cichy — a nie wyjdziesz z tego szpitala żywy.
Przez chwilę mogłabym przysiąc, że w jego oczach błysnęło nienaturalne, złote światło. Marcus też musiał to zobaczyć, bo z twarzy odpłynął mu cały kolor.
Dwóch ochroniarzy zbiegło korytarzem; ich spóźnione pojawienie się tłumaczył ogłoszony wcześniej kod niebieski, który słyszałam. Emerson przywitał ich lekkim skinieniem głowy, wciąż nie puszczając nadgarstka Marcusa.
