Rozdział 8 Opieka w niewoli

[Freya]

Marcus próbował wyszarpnąć nadgarstek, ale uścisk Emersona był jak stalowe imadło. Patrzyłam z podłogi, jak twarz mojego ojca wykrzywia się z bólu i strachu.

— Puść mnie — wychrypiał Marcus, ale w jego głosie nie zostało już nic z wcześniejszej brawury.

— Wyjdź — powiedział Emerson, a w jego głosie brzmiał autorytet, który sprawił, że nawet stojące nieopodal pielęgniarki cofnęły się o krok. — Natychmiast. A jeśli jeszcze raz zobaczę, że nękasz doktor Harper, dowiesz się, co spotyka mężczyzn, którzy krzywdzą to, co jest moje.

Te zaborcze słowa powinny mnie zirytować, a jednak zamiast tego posłały mi po kręgosłupie nieoczekiwany dreszcz.

Marcus zatoczył się do tyłu w chwili, gdy Emerson go puścił, i przycisnął dłoń do nadgarstka. — To jeszcze nie koniec — mruknął, ale już cofał się w stronę wind, a jego wcześniejsza pewność siebie rozpadła się w pył.

— Owszem, koniec — odparł Emerson cicho, z ostatecznością, która nie zostawiała miejsca na dyskusję.

Patrzyłam, jak mój ojciec niemal biegnie korytarzem, po czym dotarło do mnie, jaką publiczność ściągnęliśmy. Inni pracownicy i odwiedzający wpatrywali się w nas — jedni z niepokojem, inni z ledwie skrywaną ciekawością.

— Przedstawienie skończone — powiedział Emerson stanowczo, a jego autorytarny ton rozproszył tłum. — Wszyscy wracać do swoich zajęć.

Odwrócił się do mnie i wyciągnął rękę. Ujęłam ją, pozwalając, by postawił mnie na nogi, boleśnie świadoma siły jego uścisku i ciepła skóry.

— Nic ci nie jest? — zapytał, a jego wzrok przebiegł po mnie w poszukiwaniu obrażeń.

— Wszystko w porządku — odpowiedziałam automatycznie. Dopiero wtedy zauważyłam, że wpatruje się w moje przedramię. Podążając za jego spojrzeniem, z przerażeniem uświadomiłam sobie, że rękaw podwinął mi się, odsłaniając zdradliwe ślady. Szybko naciągnęłam materiał, ale po jego minie wiedziałam, że i tak zobaczył wszystko.

— Do mojego gabinetu — powiedział cicho. — Natychmiast.

Droga do jego gabinetu była jak marsz na śmierć. Wiedziałam, co mnie czeka, wiedziałam, że będę musiała wyjaśnić to, co zobaczył. W głowie gorączkowo układałam możliwe wymówki, ale żadna nie brzmiała przekonująco nawet dla mnie.

Emerson zamknął za nami drzwi i skinął, żebym usiadła. Sam pozostał stojąc; jego wyraz twarzy był nieodgadniony, gdy przyglądał mi się uważnie.

— Pokaż mi rękę — powiedział bez wstępu.

— Doktorze Salvatore, naprawdę nie sądzę, że…

— Rękę, doktor Harper.

Jego ton nie dopuszczał sprzeciwu. Drżącymi palcami podwinęłam rękaw, odsłaniając równe rzędy nacięć krzyżujących moje przedramię. Niektóre były różowe i gojące się, inne wciąż czerwone i świeże po wczorajszym załamaniu.

Szczęka Emersona stężała, gdy oglądał samookaleczenia. — Jak długo?

— To nie jest to, co pan myśli…

— Jak długo się tniesz?

Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. — Dopiero… dopiero od czasu, gdy mama… od wypadku. Cztery, pięć dni temu.

— To nie jest od żadnego upadku — powiedział, a jego głos był starannie opanowany. — To celowe. Metodyczne.

W końcu uniosłam wzrok, a do głosu wkradła mi się desperacja. — Wiem, jak to wygląda, ale ja nad tym panuję. To po prostu… czasem pomaga. Kiedy wszystko robi się zbyt przytłaczające.

— Nad niczym nie panujesz. — Jego głos był stanowczy, ale nie okrutny. — Sama siebie niszczysz.

— Nic mi nie jest — upierałam się. — Muszę tylko przetrwać ten trudny okres z mamą, a potem…

— Dziś wieczorem spotkasz się z kimś — przerwał mi. — Z terapeutą. Po zakończeniu dyżuru.

— To nie jest konieczne. Mówiłam panu, że sobie z tym radzę.

— To nie jest prośba, doktor Harper. — Spojrzał mi prosto w oczy, a jego twarz pociemniała jak niebo przed burzą. — Albo zgłosisz się do kogoś z tym problemem, albo będę musiał zarekomendować wysłanie cię na urlop zdrowotny do czasu oceny psychiatrycznej. Co oznaczałoby również bezterminowe opóźnienie twojego awansu w rezydenturze.

To zagrożenie uderzyło we mnie jak fizyczny cios. — Nie może pan tego zrobić.

— Mogę i zrobię. Twoje zdrowie psychiczne wpływa na twoją zdolność funkcjonowania jako lekarza. Nie pozwolę ci leczyć pacjentów, kiedy ewidentnie jesteś w kryzysie.

Wpatrywałam się w niego, czując się osaczona. Bez tej rezydentury straciłabym wszystko — karierę, przyszłość, jakąkolwiek nadzieję na opłacenie opieki nad mamą.

– Dobrze – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Jedna sesja. Ale potem dajesz mi z tym spokój.

– Zobaczymy, jak pójdzie. – Zerknął na zegarek. – Spotkaj się ze mną w holu o szóstej. Pójdziemy razem.

Podczas popołudniowej przerwy mój telefon zawibrował powiadomieniem o zaproszeniu do znajomych. Prawie je zignorowałam, dopóki nie zauważyłam dołączonej wiadomości: „Cześć! Jestem Mark, siostrzeniec Nancy. Ciocia powiedziała, że przyda ci się trochę miłego towarzystwa. Mam nadzieję, że nie masz jej za złe swatania!”

Zamknęłam oczy i przycisnęłam palce do skroni, nie potrafiąc stłumić zmęczonego uśmiechu. Zupełnie o tym zapomniałam. Nancy naprawdę dopięła swego i przedstawiła mnie swojemu siostrzeńcowi.

Z westchnieniem zaakceptowałam zaproszenie – odrzucenie siostrzeńca Nancy wprost byłoby niezręczne, a jutro musiałabym zmierzyć się z jej rozczarowanymi pytaniami.

Chwilę później pojawiła się wiadomość: „Cześć, Freya! Jestem Mark Bryant, siostrzeniec Nancy. Wspomniała, że też pracujesz w szpitalu – jestem psychologiem, mam gabinet niedaleko. Mam nadzieję, że nie masz jej za złe swatania! Miałabyś ochotę wyskoczyć kiedyś na kawę? Bez presji, po prostu pomyślałem, że miło byłoby się poznać.”

Doceniłam, że brzmiał uprzejmie i konkretnie. Odpisałam: „Cześć, Mark, miło mi. Powinnam wspomnieć, że nie jestem teraz w miejscu, w którym szukam randek, ale dziękuję, że się odezwałeś.”

Jego odpowiedź przyszła szybko: „Doskonale rozumiem. Dzięki za szczerość. Trzymaj się!”

I tyle. Żadnego naciskania, żadnych kolejnych wiadomości z pytaniami „dlaczego” ani prób przekonywania mnie. Musiałam przyznać, że to było… odświeżające.

Po chwili napisałam: „Jeśli Nancy zapyta, to może po prostu powiemy, że się spotkaliśmy i nie zaiskrzyło?”

– Dobry pomysł – odpisał błyskawicznie. – Oszczędzi nam obojgu jej życzliwych przesłuchań. Dzięki, że podchodzisz do tego na luzie.

„Dzięki za zrozumienie” – odpisałam i z ulgą odłożyłam telefon.

Alarm końca dyżuru uratował mnie przed dalszym roztrząsaniem tego. Wepchnęłam telefon do kieszeni i ruszyłam w stronę holu, gdzie czekała na mnie wizyta terapeutyczna.

Punktualnie o szóstej zobaczyłam Emersona czekającego przy głównym wejściu. Przebrał się z białego fartucha w ciemne dżinsy i grafitowy sweter.

– Chodźmy – powiedział krótko, prowadząc mnie do samochodu.

Kiedy jechaliśmy przez miasto, zauważyłam, że nie kierujemy się w stronę dzielnicy medycznej, gdzie większość terapeutów miała swoje gabinety.

– Dokąd dokładnie jedziemy? – zapytałam.

– Zobaczysz.

Ta tajemnicza odpowiedź sprawiła, że poczułam niepokój, ale założyłam, że wiezie mnie do czyjegoś prywatnego gabinetu w spokojniejszej, mieszkalnej okolicy. Kiedy jednak wjechaliśmy do podziemnego garażu eleganckiego wieżowca, moje zdziwienie tylko się pogłębiło.

– To nie wygląda na gabinet terapeuty – powiedziałam, gdy prowadził mnie do prywatnej windy.

– Bo to nie jest – odparł, przykładając kartę do czytnika.

– Jak to „nie jest”? – W głowie zaczęły mi wyć syreny alarmowe. – Dokąd mnie zabierasz?

Winda otworzyła się prosto do rozległego apartamentu na najwyższym piętrze. Okna od podłogi do sufitu odsłaniały oszałamiający widok na panoramę miasta, a wszystko było urządzone z powściągliwą elegancją, która krzyczała pieniędzmi.

– Witaj w moim domu – powiedział Emerson, zrzucając marynarkę.

Cofnęłam się w stronę windy, ale drzwi już się zamknęły. – Co, do cholery, się dzieje? Powiedziałeś, że idziemy do terapeuty.

– Idziemy. Będzie jutro. – Podszedł do barku na kółkach i nalał sobie drinka. – Dzisiaj zostajesz tutaj.

– Nie ma mowy. – Wciskałam przycisk windy raz za razem, ale nic się nie działo. – Wypuść mnie. Natychmiast.

– Nie mogę.

– Nie możesz mnie tu trzymać wbrew mojej woli! To jest porwanie!

– To jest interwencja. – Jego głos pozostał doprowadzająco do szału spokojny. – Stanowisz zagrożenie dla samej siebie, Freya. Nie będę stał z boku i patrzył, jak się niszczysz.

Odwróciłam się do niego gwałtownie, a wściekłość przebiła strach. – Ty arogancki draniu! Nie masz prawa decydować, co jest dla mnie najlepsze!

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział