Rozdział 1
Perspektywa Elizabeth
Nie powinnam była przychodzić.
Wiedziałam to w tej samej sekundzie, kiedy wysiedliśmy z samochodu prosto w lśniące szaleństwo corocznego balu maskowego w posiadłości Carltonów.
Od żyrandoli ociekających złotem po brzęk kieliszków szampana — wszystko w tym miejscu krzyczało bogactwem i pozycją. Dwiema rzeczami, na których mojemu ojcu zależało bardziej niż na własnej krwi.
Sukienka była na mnie za ciasna. Czerwony materiał oblepiał moje ciało w sposób, który mnie krępował, a rozcięcie było tak wysokie, że co chwilę odruchowo je podciągałam w dół, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Josephine, moja „kochająca” macocha, wybrała ją.
— Spróbuj nie wyglądać, jakby cię ktoś tu na siłę przywlókł — szepnęła Jessica obok mnie, gdy wchodziłyśmy do sali balowej. — I tak rzucasz się w oczy z tych najgorszych powodów.
Nie odpowiedziałam.
Jej złota suknia mieniła się pod światłami, jakby była stworzona do wystawienia w gablocie.
I w pewnym sensie była. Jessica od kołyski była szykowana do tego świata. Wiedziała, jak czarować, jak pozować, jak sprawić, by mężczyźni obejrzeli się za nią dwa razy. A ja… ja po prostu byłam. Zawsze w kadrze, nigdy w centrum.
Szłyśmy razem, ale miałam wrażenie, że dzieli nas nie ulica, tylko cała galaktyka.
Muzyka narastała — skrzypce, coś klasycznego i dramatycznego. Śmiech odbijał się echem od końca sali. Kelnerzy w czarnych smokingach krążyli z tacami szampana i kawioru. Wszyscy mieli maski, ale i tak łatwo było poznać, kto ma prawdziwą władzę, a kto tylko udaje.
— Czemu gapisz się tak, jakbyś trafiła do piekła? To tylko impreza — powiedziała, wplatając swoje ramię w moje, jakbyśmy były siostrami dzielącymi coś więcej niż krew. — Nie rób nam wstydu.
— Jasne — mruknęłam, kiwnęłam głową i wyślizgnęłam się.
Zatrzymałam się przy skraju tłumu, na tyle blisko, żeby wyglądać, jakbym uczestniczyła, i na tyle daleko, żeby nikt nie zawracał sobie mną głowy.
To była moja rola.
— Elizabeth — głos ojca przeciął powietrze jak nóż.
Odwróciłam się powoli. Ledwie na mnie spojrzał — tylko błysk irytacji za maską.
— Spróbuj nie zrobić nam dzisiaj wstydu — burknął.
— Przecież nawet nic nie powiedziałam — odparłam.
— Nie musisz. Sam fakt, że tu jesteś, to ryzyko.
Zacisnęłam zęby. — To po co mnie tu przywiozłeś?
Jego usta stężały. — Bo pozory się liczą. A teraz uśmiech. Ktoś ważny może patrzeć.
Posłałam mu uśmiech — ostry i sztuczny — i odeszłam, zanim zdążył dodać coś jeszcze.
Nie byłam tu dla niego. Ani dla jego rozpaczliwych prób utrzymania się na powierzchni w mieście, które pożerało takich facetów dla rozrywki.
Byłam tu, bo to był jedyny sposób, żeby zniknąć na widoku — kolejna zamaskowana sylwetka w morzu przesytu.
Ruszyłam w stronę baru wciśniętego z boku sali. Potrzebowałam czegoś mocnego, czegoś, co rozmaże tę noc na krawędziach.
Barman spojrzał na mnie spod oka.
— Co ci podać?
— Wódkę — powiedziałam. — Czystą. I nie żałuj, dobra?
Pierwszy łyk zapiekł jak ogień. Drugi sprawił, że ramiona odrobinę mi opadły, jakby ktoś poluzował we mnie niewidzialny węzeł.
Uniósłam wzrok znad kieliszka, zaciskając palce na szkle. Ludzie tańczyli i gadali, ktoś się śmiał. Nikt nie wyglądał, jakby nie pasował. Nikt się nie gapił.
A jednak to uczucie siedziało we mnie dalej.
Wypiłam do dna jednym ostrym haustem i wstałam, a pod obcasami podłoga lekko zafalowała. Może musiałam się ruszyć. Wtopić się w hałas. Zniknąć w nim.
Ruszyłam w stronę parkietu, przeciskając się przez tłum błyszczących sukienek i czarnych smokingów, ignorując to, że ludzie ledwo robili mi miejsce. Nie pasowałam tu. Nigdy nie pasowałam.
Muzyka dudniła, zmysłowy, lepki rytm owijał się wokół talii i ciągnął do ruchu.
Pary kołysały się, dłonie wędrowały zbyt nisko, ciała były zbyt blisko.
Weszłam w sam środek, pozwalając, by muzyka utopiła wszystko inne.
Zamknęłam oczy.
Poczułam czyjś wzrok na sobie.
Nie spodziewałam się, że przyciągnę jego uwagę.
Mężczyzna w cieniu.
Patrzył na mnie z drugiego końca sali, z drinkiem nietkniętym w dłoni. Było w nim coś… niepokojącego, jakby sama jego obecność psuła powietrze.
Miał na twarzy ciemną maskę, czarny garnitur.
Coś w nim było niebezpieczne, coś, przez co wszyscy inni stawali się tylko tłem, szumem bez znaczenia.
Powinnam była odwrócić wzrok. Jeśli się da…
uciec.
Ale nie zrobiłam tego.
Gdy ruszył w moją stronę, tłum rozsunął się, jakby go wyczuł, jakby wszyscy instynktownie wiedzieli, żeby zejść mu z drogi. A kiedy dotarł do mnie, poczułam, jak ociera się o mnie, jego ciepłe dłonie na mojej talii — i nawet nie drgnęłam.
Pozwoliłam im zostać.
Skóra mi mrowiła.
Nie powiedział ani słowa. Jakby nie musiał. Nawet przez maskę jego oczy przyszpiliły mnie jak sekret.
Jakby wiedział, że tu nie pasuję. Jakby wiedział, że sama nie wiem, kim jestem, kiedy mam na sobie tę sukienkę i czerwoną szminkę.
— Chodź — powiedział. Tylko jedno słowo. Jego głos był niski, chropowaty.
Serce mi przeskoczyło.
Powinnam była powiedzieć „nie”.
Ale poszłam za nim.
Wziął mnie za rękę i wyprowadził z parkietu.
Przez korytarz. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami, a on wyciągnął z kieszeni kartę jak ktoś, kto ma cały świat na własność.
W środku było ciemno i cicho. Pachniało skórą i alkoholem. Stała tam kanapa i barek.
Zamknął za nami drzwi.
Klik.
Ten dźwięk odbił się głośniej niż muzyka na zewnątrz, jakby świat ucichł specjalnie dla nas.
Weszliśmy głębiej i bez słowa usiadł na brzegu łóżka, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na moment. Jakby na mnie czekał. A rozkaz w jego oczach sprawił, że wszystko we mnie się spięło, twardo i nieodwołalnie.
— Podejdź — powiedział, głosem niskim, gęstym od kontroli.
Moje nogi ruszyły, zanim mój mózg w ogóle zdążył nadążyć. Zrobiłam krok w jego stronę, powoli i niepewnie, a serce waliło mi tak głośno, że przysięgłabym, iż on też to słyszy.
Kiedy jego dłonie znalazły moją talię — mocne i pewne — coś we mnie zadrżało. Wciągnął mnie między swoje nogi, przytrzymując tak, jakby robił to już nie raz. Jakby wiedział, czego potrzebuję, zanim ja sama zdążyłam to zrozumieć.
Przez chwilę po prostu na mnie patrzył. Nie na moje ciało. Na mnie.
I po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam, że naprawdę mnie widzi — nie jako niewidzialną córkę Harpera, nie jako cień Jessiki, tylko jako kobietę.
Kobietę, której pragnie.
I Boże! Ja też go pragnęłam.
Ale nie powinnam.
To nie byłam ja. To nie było coś, co robiłam.
Przyszłam tu, żeby zniknąć, żeby odpuścić, nie po to, żeby jakiś obcy facet rozplątywał mnie w jakiejś mrocznej sypialni.
Zawahałam się. Odebrało mi oddech.
Powinnam była się cofnąć.
Powinnam była powiedzieć „nie”.
Ale zamiast tego stałam tam, skamieniała w jego uścisku, z sercem tłukącym się jak oszalałe, rozdarta między strachem a czymś o wiele bardziej niebezpiecznym. Pożądaniem.
Jego oczy ani na moment nie oderwały się od moich.
Nie naciskał, nie błagał — po prostu czekał.
Jakby wiedział, że walczę z czymś, z czym już dawno przegrałam.
A potem mnie pocałował.
Mocno.
W tym pocałunku nie było nic delikatnego. Jego usta przycisnęły się do moich brutalnie, szorstko i zachłannie, jakby umierał z głodu.
Jego dłonie wsunęły się na moje plecy, przytrzymując mnie na miejscu, a jego język wtargnął do moich ust — kosztował, brał, zawłaszczał.
Gdy w końcu się odsunął, oddychałam szybko, jak na haju, z zawrotem głowy.
Potem, bez słowa, zsunął ramiączka z moich ramion i pociągnął sukienkę w dół, do talii.
Ściągnął miseczki stanika, odsłaniając moje piersi. A potem po prostu się wpatrywał, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr mnie.
Pochylił się i ujął sutek w usta, a za moimi powiekami eksplodowało białe światło. Jedna jego dłoń wsunęła się w moje włosy, druga ścisnęła pełnię piersi, podczas gdy lizał i ssał drugą.
Zamienił się, żeby każdej poświęcić tyle samo uwagi.
Klepnął bok jednej, żeby zobaczyć, jak zadrży. Z gardłowym, chropawym dźwiękiem przygryzł ją, jakby był zły, jakby próbował odcisnąć się na mojej skórze na zawsze.
Przewróciłam oczami, a puls łomotał mi między udami. Jeśli by nie przestał, pomyślałam, że mogłabym dojść już tak, od tego.
Bawił się moimi piersiami, aż byłam tak daleko, że zrobiłabym wszystko, żeby poczuć go we mnie — wszystko.
Jakiś głos we mnie krzyczał, żebym przestała.
Ale głośniejszy, ten głęboko w klatce piersiowej, błagał, żebym nie przestawała.
Bo po raz pierwszy nikt mnie nie oceniał. Ani nie porównywał. Ani nie wykorzystywał.
Byłam po prostu... pożądana.
Zdesperowana sięgnęłam w dół i po omacku szarpnęłam za sprzączkę jego paska, uwalniając go. Był gorący i ciężki w mojej dłoni, i tak twardy, że nie potrafiłam się powstrzymać, żeby raz nie poruszyć pięścią wzdłuż niego.
Nie wiedziałam, że w prawdziwym życiu fiut może być aż taki ogromny — myślałam, że takie rzeczy istnieją tylko w tych sprośnych książkach, które czytam po nocach w necie.
Syknął przy mojej szyi. Zacisnął dłonie na moich biodrach i docisnął mnie w dół, aż byłam już do połowy na nim.
Jęknął.
Wciągnęłam gwałtownie powietrze.
Jest taki wielki. Boli jak cholera.
— O kurwa… — zamruczał. — Jesteś taka ciasna i miękka, idealna dla mnie, mała.
Nie miał pojęcia, że to mój pierwszy raz.
Poruszał się we mnie powoli, jakby naprawdę próbował mnie nie skrzywdzić.
Pocałowałam go w szyję, a on zaczął we mnie napierać bez litości od dołu. Szybko. Mocno. Głęboko. Miałam wrażenie, że zaraz pęknę na pół, a jednak nie mogłam bardziej kochać tego uczucia. Byłam wypełniona do granic. Czując, jak już wspinam się coraz wyżej, dotknęłam łechtaczki, chcąc przyspieszyć. Musiałam. Zataczałam na sobie kółka palcami, wyginając się dziko na nim, jęcząc i chłonąc te dźwięki, które wydawaliśmy razem.
— Taka grzeczna, pieprzona dziewczynka… — wgryzł się w moje ramię i to wystarczyło, żebym przeleciała przez krawędź, aż zobaczyłam gwiazdy pod powiekami. Krzyknęłam, a on pchał we mnie jeszcze mocniej i szybciej, jak facet, który od lat nie pamiętał, co to delikatność.
— KURWA! — warknął i spuścił się we mnie.
W pokoju zapadła cisza.
Muzyka zza ścian była już tylko przytłumionym dudnieniem, jak wspomnienie, które na siłę próbuje wrócić. Skóra kleiła mi się od potu. Uda bolały. A serce? Nie byłam pewna, czy wciąż bije tak samo.
Leżał odchylony na łóżku, z jedną ręką rzuconą za głowę, jakby mu się nawet nie chciało. Jakbym była już nic niewarta. Jakbym była do zapomnienia.
Może byłam.
Zsunęłam się z łóżka, dół sukienki przekręcony na biodrach, szpilki dawno diabli wzięli. Nogi drżały, kiedy schyliłam się, żeby pozbierać swoje rzeczy: stanik, torebkę, godność. Nie spojrzałam na niego. Nie potrafiłam.
Nie mogłam uwierzyć, że właśnie straciłam dziewictwo z obcym facetem.
Dłoń miałam już na klamce, kiedy usłyszałam jego głos — niski, leniwy, nie do odczytania.
— Nawet nie chcesz imienia? Ani twarzy?
Zastygłam.
Chciałam wielu rzeczy. Imię nie naprawiłoby żadnej z nich.
— Nie — wyszeptałam. — Chcę tylko zapomnieć.
A potem wyszłam z pokoju i wpadłam na Jessicę.
— O. Mój. Boże! — zapiszczała.
— Co? — spróbowałam udawać niewiniątko.
— Poszłam za tobą. Wiem, co zrobiłaś. Nie sądziłam, że taka świętoszka jak ty będzie się puszczać z przypadkowymi facetami.
— To był mój pierwszy raz.
— Jasne. Jeszcze w to uwierzę — zakpiła, przewracając oczami.
— Proszę, nie mów tacie.
— Och, ja i tak planowałam cię „ustawić”. Dałam parę złotych, żeby dorzucili ci coś do drinka. Nie powiem, jeśli ty też nie powiesz.
Wszystko nagle miało sens. Wypiłam tylko jedną szklankę, a i tak czułam się podpite, dziwnie rozgrzana, jakby za lekka.
Nie wiedziałam, czy mam kipieć ze złości, czy być wdzięczna, że nie sprzeda mnie tacie.
— Dzięki — wydusiłam z siebie, odchodząc, żeby nie patrzeć na ten jej zadowolony uśmieszek.
