Rozdział 1 DOTKNIJ MNIE, ALPHA

Perspektywa Sebastiana

Zastrzeżenie.

Zanim przewrócisz stronę, małe ostrzeżenie…

Ta historia nie jest po to, żeby czytać ją grzecznie przy filiżance herbaty. Nie, kochanie — to taki rodzaj książki, który kradnie oddech, rozgrzewa skórę i każe wiercić się na krześle. Jeśli odważysz się czytać ją publicznie, nie będziesz mieć kogo obwiniać poza sobą, kiedy rozchylą ci się usta w gwałtownym wdechu albo gdy wymknie ci się jęk, zanim zdążysz go powstrzymać.

Ludzie będą się gapić. Zawsze tak jest, gdy nie da się pohamować przyjemności.

To nie jest tylko atrament na papierze: to pokusa, to ogień, to głód Alfy, który szepcze w każdym słowie. Obiecuję, że będziesz błagać o więcej… a ja dam ci więcej. Dopóki nie zaplączesz się w żar, obsesję i zakazane pragnienie.

Więc oprzyj się wygodnie, chwyć popcorn, zamknij drzwi na klucz.

I poddaj się mojemu światu.

„Ahhh—kurwa, Ragnar, tak…”

Mój głos pękł, rozcinając ciemność, brzmiąc w moich własnych uszach skrajnie szorstko i błagalnie. Moje ciało wygięło się w łuk, szukając więcej, goniąc każdy bezlitosny pchnięcie, które wyrywało mi z ust urywane westchnienia.

„Och, mój… tak” — wymamrotałem, niepewny, czy w ogóle wypowiadam słowa. „Tam, tak. Kurwa!”

Jego żar napierał na mnie, parząc, zawłaszczając jak pożar. Jego ciężar przygniatał mnie rozkosznie, jego oddech palił mi ucho. Kiedy się odezwał, w jego głosie było głębokie warczenie, które zawibrowało prosto w mojej klatce piersiowej. „Moje.”

Och, podobało mi się to. Bardzo. Jak kostka cukru, która rozpływa się wprost na języku. To słowo brzmiało jak obietnica, a serce waliło mi jak oszalałe, bo, bogowie… chciałem, żeby było prawdą.

Bardziej niż czegokolwiek.

Ale wiedziałem, że to nieprawda. Byłem zakazanym jabłkiem, a on moją Ewą. Tylko że nie powinniśmy się zderzyć. Nie sięgnie po mnie, choć byłem dojrzały i gotowy dla niego.

Wiedziałem to… a jednak moja obsesja na jego punkcie gęstniała z każdą sekundą.

Wczepiłem się w niego, paznokcie wbijały mi się w szerokie barki, nogi drżały wokół jego bioder, kiedy uderzał we mnie w to idealne miejsce raz po raz. Prześcieradła skręcały się pod nami, a kapiący pot sprawiał, że powietrze gęstniało od surowego, oszałamiającego pożądania.

Każdy jęk, który się ze mnie wyrywał, był jego imieniem.

Każde drżenie, każdy oddech, każdy sprośny krzyk — oddawałem jemu. Chciałem, żeby je miał, chciałem, żeby miał mnie.

Już prawie.

Nie potrafiłem myśleć, nie potrafiłem już mówić, ledwo oddychałem czymkolwiek poza nim. Dźwięk jego głosu, muśnięcia jego ust na skórze, bezlitosny rytm, którym pchał mnie coraz bliżej… bliżej… bliżej…

„Ragnar!”

Wykrzyczałem jego imię, dźwięk nienaturalnie głośny. Tak głośny, że aż zgrzytał i w ogóle tu nie pasuje

Zerwałem się, dysząc, mokry od potu. Klatka piersiowa unosiła mi się gwałtownie, serce pędziło, kiedy mrugnąłem. W pokoju panował półmrok i gdy wzrok mi się przyzwyczaił, odkryłem, że jest też pusty.

Kurwa.

Pięści zacisnęły mi się na prześcieradle, a mój kutas pulsował bólem, jakby to wydarzyło się naprawdę. Ale miejsce obok było zimne i wiedziałem, że nie ma tu nikogo.

To był tylko sen.

Moje ciało nie chciało tego przyjąć — przysięgłbym, że czułem opuszki palców na plecach. Pragnie go tak, jakby to nie był sen, jakbym miał prawo go pragnąć. Bogowie, dopomóżcie mi.

Wstałem z łóżka z westchnieniem, chcąc napić się wody. Ale oczywiście zatrzymałem się na środku pokoju, a wzrok omiótł ściany. Bo on był na nich, niczym bóstwo czczone przez rozkochanych wyznawców.

Szkice Alfy Ragnara pokrywały tu każdy skrawek; niektóre były niedbałe, pospiesznie nabazgrane, inne dopracowane, rysowane przez całe dni, kiedy nie umiałem przestać o nim myśleć. Kiedy nie umiałem przestać o nim śnić.

Mój pokój był moim azylem, jedynym miejscem, w którym nie musiałem ukrywać tego, co czuję. Gdzie byłem tylko ja, moje ołówki i Alpha Ragnar, patrzący na mnie z papieru.

Gdybym nadal miał przyjaciół, nie zrozumieliby. Ja sam czasem nie rozumiałem tej siły, która mnie do niego ciągnęła.

– Bogowie, tylko spójrz na siebie – mruknąłem pod nosem, z głosem chropowatym – nieświadomym przejawem mojej czci – gdy mój wzrok padł na najnowszy szkic przypięty do ściany obok łóżka.

Był z zeszłego tygodnia, z chwili, kiedy stał przy packowych terenach treningowych, z szerokimi ramionami wyprostowanymi, z ciemnymi włosami łapiącymi słońce. Poświęciłem temu więcej czasu, jego pięknym włosom, żeby oddać je jak najwierniej, zanim wspomnienie przyblaknie w mojej głowie.

Ścisnęło mnie w żołądku, gdy się w to wpatrywałem, a znajome gorąco wspinało się po karku. Odwróciłem się, pocierając dłońmi twarz. – Ogarnij się, Sebastian – powiedziałem do siebie, kierując się do drzwi. – To żałosne.

Ale wiedziałem, że to na nic. To nie było tak, że mogłem przestać. Byłem obsesyjnie skupiony na Alphie Ragnarze od czterech lat, odkąd miałem czternaście i zobaczyłem go na jednej z Księżycowych Ceremonii watahy. Moi przyjaciele zaciągnęli mnie tam siłą, krzyczącego i wyrywającego się, bo nienawidziłem tłumów. Dąsałem się przy ognisku, kiedy podniosłem wzrok i go zobaczyłem – wysokiego, dominującego, w każdym calu Alphę, za jakiego wszyscy go mieli.

Moje serce na moment po prostu stanęło, jakby przestawiało się, kalibrując, do kogo należy. Wiedziałem od razu, że to on jest dla mnie.

Dotarłem do kuchni i nawet nie zapalając światła, chwyciłem butelkę wody stojącą przy lodówce i wypiłem ją duszkiem. Wrzuciwszy pustą butelkę do kosza, wróciłem do pokoju.

To była równie głupia myśl wtedy, jak i teraz. Dzieciak taki jak ja, sierota, omega, myślący, że Alpha taki jak Ragnar mógłby kiedykolwiek zwrócić na mnie uwagę.

Rzuciłem się na łóżko, a sprężyny zaskrzypiały pod moim ciężarem. Moich rodziców już nie było – straciło ich morze pięć lat temu, gdy miałem trzynaście. Wciąż pamiętałem dzień, kiedy przyszła wiadomość – jak starszyzna watahy posadziła mnie naprzeciw siebie, z litością błyszczącą w oczach, i powiedziała, że ich kuter rybacki poszedł na dno w czasie sztormu. Nie było ocalałych.

Od tamtej pory byłem zdany na siebie, ledwo wiążąc koniec z końcem, biorąc dorywcze prace w watasze, żeby mieć nad głową dach. Ten dom, malutki, z dwiema sypialniami, był wszystkim, co mi teraz zostało. No, może jeszcze moja obsesja na punkcie mężczyzny, który nawet nie znał mojego imienia.

Spojrzałem z powrotem na szkic Alphy Ragnara, czując, jak całe moje ciało mrowi. – Czemu musisz być taki idealny? – zapytałem, głosem ledwie ponad szeptem.

A był idealny. Widać to było w jego twarzy, w tej szorstkiej urodzie. W sposobie, w jaki się poruszał, w tym, jak mówił do watahy, jakby zależało mu na każdym z nas, nawet na takich nikim jak ja. To był po prostu on.

Palce świerzbiły mnie, by chwycić ołówek i dorzucić kolejny rysunek do kolekcji, ale się powstrzymałem. Pragnąłem go tak bardzo, że aż bolało, a bolało jeszcze mocniej, gdy przypominałem sobie, że to nigdy nie mogłoby zadziałać.

Był starszy… dużo starszy. Ja miałem teraz osiemnaście lat, a Alpha Ragnar musiał być po trzydziestce, pewnie nawet starszy. Był wystarczająco stary, żeby być moim ojcem, jeśli chciałbym nazwać rzecz po imieniu. Mnie to nie obchodziło.

Ale watasze by przeszkadzało. I, co gorsza, przeszkadzałoby im to, że jestem Omegą, słabą, drobną istotą, która nigdy nie będzie dla nich dość dobra ani dość dobra dla ich Alphy.

Wyrwał mi się cichy skowyt i jedna dłoń powędrowała w górę mojego ciała, na szyję. Druga zeszła niżej, tam, gdzie bolało, powoli, nie spiesząc się, jak wiedziałem, że on by to zrobił…

Następny Rozdział