Rozdział 3 MOJE SERCE, JEGO WYJ
Pov Sebastiana
Stałem przed lustrem w moim pokoju, trzymając nową koszulę, którą kupiłem na ceremonię księżyca. Był ciemnoniebieski, prosty, ale czysty, i kosztował mnie połowę pieniędzy, które schowałem w sejfie pod łóżkiem.
Sam zbudowałem tę kryjówkę, wyrzeźbiając mały przedział w drewnianych deskach podłogowych, aby chronić to, co miałem, zarówno przed sobą, jak i przed każdym, kto słusznie uważał mnie za łatwy cel.
Otworzyłem go wczoraj wieczorem, policzyłem monety i o świcie udałem się na rynek. Koszula nie była fantazyjna, ale była lepsza niż kudłate, zużyte rzeczy, które zwykle nosiłem.
Delikatnie położyłem koszulę na łóżku, jak delikatny artefakt. Usiadłem i przebiegłem rękami przez włosy, myśląc, czy potrzebuję fryzury. Zajęło mi kilka minut, aby zważyć tę myśl z pieniędzmi, które mi pozostały, a następnie je odrzucić. Moje włosy były w porządku, wiedziałem, że nie miałem fryzury przez kolejny miesiąc.
Poklepałem się po plecach za tę racjonalną decyzję. Chociaż gdybym naprawdę czuł, że go potrzebuję, ugryziłbym broń i tak ją dostałem.
Prawdopodobnie musiałbym szorować naczynia na targu przez miesiąc, aby odzyskać te pieniądze, ale nie obchodziło mnie to. Gdyby była jakaś mała szansa, że spojrzy na mnie dziś wieczorem, a ja nie wyglądałbym jak cholera, to było tego warte.
Jakbym był kawałkiem metalu i był magnesem, znów skręciłem w stronę koszuli. Podnosząc go i wracając do lustra, trzymałem go przeciwko sobie. Wyglądało dokładnie tak, jak było kilka minut temu; dobrze.
Nawet Alisander warczał jego aprobatą.
„Myślisz, że zauważy?” Zapytałem Alisandera, poklepując fałdę w koszuli.
Poprosiłbym o to moich przyjaciół, kiedy coś miałem. Kiedyś ciągnęli mnie do tych rzeczy, ale w ciągu ostatnich kilku lat, ruszyli dalej. Zdobyłem przyjaciół, byłem w szkole, dorastałem pracę lub po prostu zdecydowałem, że nie jestem już wart wysiłku.
Nie obwiniałem ich. Nie byłem świetnym towarzystwem, zawsze szukałem, skąd przyjdzie mój następny posiłek. Musiałem stać się kłopotliwy, żeby być w pobliżu, zwłaszcza gdy zawsze nie było ze mną nic nowego.
Alisander jęczał, zwracając moją uwagę na zaimprowizowaną imprezę litości, którą organizowałem dla siebie. Westchnąłem i odłożyłem koszulę, zanim w końcu zostawiłem ją w sypialni, aby skończyć przygotowywanie śniadania.
Miałem kilka trawników do ścięcia, zanim zapadła noc. Im wcześniej zacząłem, tym lepiej.
_
Spędziłbym dłużej, niż przyznałbym się komukolwiek pod prysznicem. Zrobiłem wszystko; umyłem, nawilżyłem i ogoliłem każdy centymetr kwadratowy. Chciałem wyglądać reprezentacyjnie i miękko dla niemowląt. Chciałem ładnie wyglądać... dla niego.
Wsunąłem się na nową koszulę i ponownie spojrzałem w lustro. Dobrze pasował, przytulając moje ramiona, nie będąc zbyt ciasnym. Nie byłem duży ani muskularny jak beta czy alfy, ale też nie byłem już tak skromny jak byłem. Lata dziwnych prac dały mi trochę mięśni, nawet jeśli nadal byłem omega.
Chwyciłem buty i usiadłem na krawędzi łóżka, aby je zasznurować. „Chcę go zobaczyć z bliska. Jedno dobre spojrzenie, żeby później go naszkicować, dodać do kolekcji” - przyznałem głośno.
Moje ściany były już pokryte rysunkami Ragnara, ale zawsze mogłem zrobić miejsce dla jeszcze jednego.
Alisander wydał w mojej głowie hałas akceptacji, a ja się pośmiałem, gdy wyłączałem światła w moim pokoju. Cieszyłem się, że nie miał nic przeciwko mojej drogiej sympatii w Alfie Ragnarze. Słyszałem o ludziach, których wilki nie akceptowały takich rzeczy, ponieważ nie były partnerami.
Kiedy tam dotarłem, w paczce było tętniące życiem. Dziedziniec był oświetlony pochodniami, a powietrze pachniało pieczonym mięsem i świeżym chlebem. Stoły były wysoko ułożone jedzeniem — całe kurczaki, bochenki chleba, miski owoców, napoje bezalkoholowe, a nawet woda.
Alpha Ragnar nie oszczędzał na księżycowych ceremoniach, zawsze upewniając się, że ludzie mogą zabrać resztki do domu. Taki był typem Alfy. Był bardzo uczciwy i hojny. I był idealnym człowiekiem dla stada.
Byłem blisko krawędzi tłumu, tylko od czasu do czasu zapuszczałem się na coś do jedzenia. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, co było dla mnie w porządku. Przeszkanowałem dziedziniec, szukając go. Moje serce uderzyło tak mocno, że czułem to w uszach.
„Gdzie on jest?” Mamroczyłem pod oddechem, wpychając ręce do kieszeni.
Zanim zdążyłem się zbytnio zdenerwować, nad tłumem spadła pełna szacunku cisza. Spojrzałem w górę i tam był.
Ragnar wszedł na podniesioną platformę z przodu dziedzińca, jego szeroka rama przykryła się na migoczącej latarni.
Oddech mi się zacisnął. Pewnego dnia ten człowiek może mi wykrwawić z nosa z powodu tego, jak bardzo mu było gorąco.
Miał na sobie ciemnozielony odcień, który jeszcze bardziej wyróżniał jego oczy, ciemnoniebieski jak ocean graniczący z bujnym lasem. Jego długie ciemne włosy były odciągnięte do tyłu, bujnie zwijając się na plecach, pokazując ostre linie twarzy.
Czubek nosa był klif, z którego chciałem zanurkować, prosto w miękkość jego ust. Wiedziałem, że jedno z jego uszu było przekłute, lewe, więc wiedziałem, co błyszczy w ciemności.
On też był wysoki, och jaki był wysoki. Jego szerokie ramiona podnosiły tunikę, którą nosił na sobie, a kiedy podniósł rękę, by wezwać ciszę, widziałem, jak mięśnie leniwie falują podczas ruchu.
Połknąłem, gardło nagle wyschło, mimo że wypiłem filiżankę wody i drinka.
„Ludzie z stada” - powiedział Ragnar, a jego głęboki głos unosił się nad dziedzińcem. „Dziś wieczorem zbieramy się pod światłem Bogini Księżyca, aby dziękować za kolejny rok. Modlimy się o płodność, o błogosławieństwa, o owocność w naszych ziemiach i naszym życiu. Niech Bogini nas prowadzi, chroni i wzmacnia.
„Tak!” ktoś krzyczał z tłumu, a inni to powtarzali.
Nie mogłem oderwać od niego oczu. „On jest taki...” szepnąłem, wycofując się. Nawet nie miałem słów. Za każdym razem, gdy go widziałem, to było jak za pierwszym razem. Dłonie swędzały mi po ołówku, ale musiałbym zadowolić się zapamiętaniem każdego szczegółu na późniejszy wieczór; sposób, w jaki wypełnił tunikę, sposób, w jaki jego głos zdawał się owijać mnie, nawet z tak daleka.
„- poza moją ligą” - mamroczyłem, kończąc zdanie inaczej, próbując osłabić moje podniecenie. Jeśli się do mnie zbliżył, nie chciałem tylko zgniecić się na ziemię w martwym omdleniu.
Zmieniłem wagę, starając się uzyskać lepszy widok przez tłum. Ragnar ustąpił z platformy, a ludzie zaczęli wiwatować, kłaniając głowy, gdy przechodził przez nie. Chciałem się zbliżyć, ale moje stopy były przyklejone do ziemi.
Bębny ruszyły, początkowo wolno, funty odbijały się przeze mnie i wszystkich tutaj. Westchnąłem, gdy ludzie się ożywiali, pchając się w cień.
Zaczęli zbierać, dopóki wszyscy prawie nie przestali tego, co robią. Kiedy ich piosenka się skończyła, sygnalizowałoby to początek polowania.
