Rozdział 2

Rhea

Pałacowe bramy wciąż się otwierały, kiedy wpadłam przez nie w pełnej wilczej postaci, a przemiana zakończyła się, zanim strażnicy zdążyli w ogóle pojąć, co widzą. Jeszcze chwilę temu byłam Rheą Winterbourne w podartej jedwabnej sukni, a w następnej stałam się złotym rozmazaniem futra i desperacji; łapy uderzały o bruk z taką siłą, że sypały się iskry.

Biegnij albo giń — warknęła moja wilczyca. Nie zostało już nic poza tym.

Za mną ryk Tyranta rozdarł noc. — STRAŻE! ZAPIECZĘTOWAĆ LEŚNE DROGI! NIKT NIE OPUSZCZA TERYTORIUM IRONFANG!

Niedokończony znak na szyi palił jak roztopione srebro, posyłając świeżą krew strumieniem w dół ramienia, aż zlepiała mi złote futro. Każde uderzenie serca zostawiało ślad, który każdy tropiciel mógłby wyczuć z zamkniętymi oczami, ale nie zwolniłam. Przede mną majaczył las i rzuciłam się ku niemu, mięśnie krzyczały w proteście, gdy przebiłam się przez pałacowe ogrody i wpadłam w linię drzew.

Gałęzie smagały mi pysk. Ciernie szarpały futro. Za mną noc rozcinały wycia łowców — głębokie, skoordynowane zawołania wilków, które robiły to już wcześniej, które wiedziały dokładnie, jak zagonić zdobycz na teren rzezi.

Granica jest na wschodzie — upierała się moja wilczyca. Jeśli dotrzemy na terytorium Winterbourne, ojcowe bariery ich zatrzymają.

Tyle że wschód oznaczał przebiegnięcie przez cały las, a ja nie miałam pojęcia, jak długo jeszcze wytrzymam, zanim ciało odmówi posłuszeństwa. Strumień przeciął mi drogę i skoczyłam bez zastanowienia; przednie łapy uderzyły o przeciwległy brzeg, ale tylne ześlizgnęły się na mokrym kamieniu. Przez jedno mrożące krew w żyłach uderzenie serca wisiałam nad spienioną wodą, nim pazury złapały oparcie i wciągnęłam się na górę, dysząc, ale wciąż biegnąc, wciąż żywa, wciąż wolna.

Wycia łowców były coraz bliżej. Rozchodzili się, tworząc sieć zaprojektowaną tak, by odciąć mi drogę do granicy i zagnać mnie z powrotem w stronę pałacu.

Alex — pomyślałam rozpaczliwie, sięgając po więź krwi, która łączyła wszystkie wilki Winterbourne. Łącze umysłów było, ale słabe, rozciągnięte dystansem. Zebrałam resztki sił i naparłam. Alex! Pomóż mi! Jestem w przygranicznym lesie na wschód od Ironfang! Próbował wymusić znak! Poluje na mnie! ALEX, PROSZĘ—

Moja przednia łapa stanęła na czymś, co ugięło się z trzaskiem. Ból eksplodował wzdłuż nogi, gdy zardzewiałe żelazne szczęki zatrzasnęły się tuż nad opuszkiem — myśliwska pułapka ukryta pod liśćmi. Zaskomlałam i wyrwałam łapę, krew natychmiast nabiegła, dokładając kolejną ranę, która miała mnie spowolnić.

Rhea! Odpowiedź uderzyła w moją czaszkę jak grzmot. Co się stało? Słyszałem cię! Jedziemy! Podaj mi swoją pozycję!

Ulga zalała mnie falą. Alex. Mój brat nadchodził.

Na wschód od pałacu — wydyszałam w myślach, wciąż biegnąc, choć każdy krok posyłał w górę poranioną nogą strzały agonii. Jest strumień — przeskoczyłam go — i widzę przed sobą ogromny dąb trafiony piorunem, a dalej— Urwałam, bo ziemia nagle się skończyła, odsłaniając krawędź urwiska, które spadało w dół w ciemność i ostre skały.

Wiem, gdzie jesteś! Obecność Alexa była jak kotwica. W pobliżu tych klifów jest system jaskiń — jeśli zdołasz do niego dotrzeć, ukryj się w środku, a my cię znajdziemy! Dasz radę?

Spojrzałam za siebie i zobaczyłam pochodnie między drzewami, usłyszałam głosy wykrzykujące współrzędne. Byli blisko. Za blisko. I czułam go już teraz — ten charakterystyczny zapach cedru i dymu, od którego niedokończony znak zapłonął z nową, wściekłą intensywnością. Sam Tyrant dołączył do polowania.

Nie wiem. Krwawię, ledwo chodzę, a oni są wszędzie—

Dasz radę — rozkazał Alex, a alfa-autorytet w jego tonie był tak absolutny, że moja wilczyca wyprostowała się mimo wyczerpania. Jesteś Winterbourne, Rhea. Płynie w tobie krew samej Bogini Księżyca. Te psy z Ironfang nie tkną cię, jeśli im na to nie pozwolisz. A teraz BIEGNIJ.

Pobiegłam.

Wejście do jaskini pojawiło się jak cud — ciemna szrama na zboczu, na wpół ukryta za zwisającymi pnączami. Rzuciłam się na otwór i przecisnęłam do środka, ignorując to, jak szorstki kamień obciera mi zranione ramię. Jaskinia przechodziła w komorę ledwie dość dużą, żebym mogła przemienić się z powrotem w ludzką postać, więc natychmiast to zrobiłam, wiedząc, że będę potrzebowała rąk, by opatrzyć rany.

Przemiana zostawiła mnie dyszącą i nagą na zimnym kamieniu, i przez długą chwilę nie potrafiłam zrobić nic poza drżeniem i próbą nie zwymiotować od bólu promieniującego z szyi, zranionej nogi i ramienia. Oderwałam pas materiału z mojej zniszczonej sukni i owinęłam nim szyję, mocno dociskając do niepełnego piętna, choć sam dotyk posyłał przeze mnie przeszywającą agonię. Tkanina natychmiast przesiąkła krwią, stając się ciężka i ciepła na skórze.

Na zewnątrz usłyszałam, jak się rozchodzą, jak szukają. Trzask butów miażdżących liście, głosy przywołujące się nawzajem, a pod tym wszystkim odgłos wilków węszących i krążących.

— Sprawdzać każdą dziurę! Każdą jaskinię! Ta suka nie mogła uciec daleko — wykrwawia się!

Alex — sięgnęłam przez więź umysłu. Jestem w jaskini, ale oni są tuż za wejściem. Słyszę ich. Nie dam rady walczyć ze wszystkimi—

Nie będziesz musiała — odciął się. Caspian jest ze mną. Trzymaj się, Rhea. Po prostu się trzymaj.

Wcisnęłam się w tylną ścianę, próbując opanować urywany oddech. Całe ciało trzęsło mi się z wycieńczenia i szoku oraz narastającego chłodu, który przynosiła utrata krwi.

W wejściu do jaskini pojawił się wilczy nos, głośno wciągający powietrze. Wstrzymałam oddech, aż w płucach zapiekło. Wilk cofnął się, po czym usłyszałam, jak zmienia się z powrotem w człowieka.

— Nic tu nie ma, sir!

— Sprawdź z tyłu. Jest sprytna. Pewnie myśli, że schowa się w ciemności.

Nie. Proszę, nie.

Strażnik znów przeszedł w wilczą postać i wcisnął się do jaskini. Słyszałam, jak jego pazury stukają o kamień, gdy podchodził, czułam w powietrzu jego podniecenie polowaniem.

Alex, przepraszam. Próbowałam—

RHEA, RUSZ SIĘ!

Rozkaz uderzył we mnie jak fizyczny cios i rzuciłam się w bok w tej samej chwili, gdy szczęki strażnika zatrzasnęły się tam, gdzie sekundę wcześniej była moja głowa. Już się przemieniałam; moja wilczyca wyrwała się na wolność z czystego instynktu przetrwania i rzuciłam się do jego gardła, bo nie miałam innego wyjścia. Moje zęby wbiły się w miękkie ciało pod jego szczęką i zacisnęłam je z całej siły. Szarpał się pode mną, a jego wycie odbijało się echem od ścian jaskini, przywołując wszystkich pozostałych łowców.

Na zewnątrz. Wynoś się NATYCHMIAST.

Puściłam go i pognałam do wyjścia, wyskakując z jaskini akurat w chwili, gdy zbiegali się kolejni strażnicy. Moja zraniona łapa prawie odmówiła posłuszeństwa, ale zmusiłam się, by biec dalej, by biec mimo że przed oczami pływały mi czarne plamy.

— TAM! BRAĆ JĄ!

Pobiegłam w stronę krawędzi urwiska, bo nie było dokąd indziej uciekać; strażnicy zaciskali krąg z trzech stron, a przepaść była jedynym kierunkiem, który jeszcze pozostawał otwarty. Dziesięć stóp od krawędzi widziałam skały poniżej — poszarpane i głodne.

Rhea, co ty robisz? — w głosie Alexa zabrzmiał ostry alarm. Nie waż się—

Przepraszam — powiedziałam mu i skoczyłam.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział