Rozdział 2 Arogancka dama
Damon aż podskoczył, gdy z wnętrza katedry rozległy się nagłe strzały.
– Kurwa mać, byle to nie była strzelanina – warknął pod nosem, rzucając się w stronę drzwi i gwałtownie je otwierając. Widok, który zastał w środku, kompletnie go zamurował.
Olivia wymachiwała dubeltówką, strzelając w własnych członków rodziny. Zamiast prawdziwych nabojów, w lufach tkwiły kulki z farbą.
– Olivia, ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co ty teraz robisz?! Natychmiast przestań!
– Boże święty, moje ubranie! Moja randka! Olivia, przysięgam, zabiję cię!
– Olivia, rozkazuję ci natychmiast to przerwać!
Nathan, Seraphina i Aurora miotali się po katedrze, trzymając się za głowy w panice. Kulki co prawda nie były śmiertelne, ale przy uderzeniu piekielnie szczypały.
– Tato, ciociu Seraphino, Auroro, o co wam chodzi? Przecież jesteśmy rodziną, nie? W tak radosny dzień trzeba jeszcze bardziej podkręcić atmosferę!
Na twarzy Olivii wykwitł złowrogi uśmieszek; strzelała dalej, aż broń całkowicie się wyczerpała.
Kiedy Nathan już wypuścił z ulgą powietrze, wdzięczny, że ostrzał farbą wreszcie się skończył, lufa dubeltówki z impetem wylądowała mu na czubku głowy.
– No weź, tato! Od wieków nie graliśmy razem w baseball. Taka wesoła okazja, trzeba ją jakoś uczcić! – Olivia odwróciła broń, złapała lufę oburącz i zaczęła używać kolby jak bejsbolowego kija, ruszając w pogoń za całą trójką.
– Jasna cholera, wariatko, przestań! – Nathan w końcu wykorzystał moment i wyrwał Olivii shotgun z rąk. Uniósł dłoń, gotów wymierzyć jej soczysty policzek.
Olivia odruchowo już miała uskoczyć, lecz kątem oka dostrzegła Damona stojącego w drzwiach. Natychmiast zesztywniała, uniosła podbródek wyzywająco, jakby wręcz prowokując, żeby ją uderzył.
– Dość! – Damon rzucił się naprzód i złapał Nathana mocno za nadgarstek.
– Panie Cooper, co pan sobie wyobraża? Wychowuję własną córkę. Naprawdę zamierza mi pan w tym przeszkadzać? – Nathan zmroził kamerdynera wściekłym spojrzeniem.
Damon spojrzał na niego chłodno, spokojnie, z nutą cichej pogardy w głosie.
– Panie Smith, pozwolę sobie przypomnieć, że panna Smith jest teraz żoną naszego prezesa. Za chwilę ma poznać jego matkę i byłoby skrajnym nietaktem, gdyby pojawiła się z odciskiem pańskiej dłoni na twarzy.
Nathan natychmiast się opanował. Rzucił okiem na Olivię, która patrzyła prosto na niego z przeogromną, wręcz bezczelną satysfakcją wymalowaną na twarzy.
– No dalej, tato, na co czekasz? Wychowuj mnie! Jak ci mało jednego liścia, to walnij mnie kolbą w łeb. Jak trzeba, to i do krwi – Olivia wysunęła głowę do przodu, niemal wsadzając mu ją pod nos.
Palce Nathana aż zbielały od zacisku, zęby zgrzytały głośno, ale nie odważył się jej tknąć.
– Zachowujesz się kompletnie nie jak dama. Bardziej jak zwykły łobuz z podwórka – mruknął Damon, marszcząc brwi na jej zachowanie. – Pani Howard, to, co pani wyprawia, jest dalece nie na miejscu.
– Nie obchodzi mnie to. Ślub ma być huczny, prawda? – odparła Olivia z niedbałym wzruszeniem ramion.
Z Damonem stojącym twardo między nimi nie miała najmniejszych szans, by kontynuować swoją „zabawę” z nieznośną rodzinką.
Damon rzucił pełne obrzydzenia spojrzenie na trójkę umazanych farbą postaci przed sobą.
– W takim razie, proszę wybaczyć, ale muszę odprowadzić panią Howard na spotkanie z naszą nestorką rodu. A państwo radzę, żeby wrócili do domu i doprowadzili się do porządku.
Po tych słowach Damon odprowadził Olivię do wyjścia z katedry. Tuż przed przekroczeniem progu odwróciła się i wykrzywiła do Nathana, Seraphiny i Aurory minę jak rozbrykane dziecko.
– To jest po prostu nie do wytrzymania! Jak takie babsko w ogóle może istnieć?! – Seraphina tupnęła nogą z bezsilnej wściekłości.
– Zemszczę się! Jeszcze mi za to wszystko zapłaci, co do kropli upokorzenia! – zapiszczała Aurora.
– Obydwie, zamknąć się! – warknął Nathan, piorunując żonę i córkę wzrokiem.
– Nie zapominajcie, kim Olivia jest teraz. Jeśli specjalnie zaczniemy ją prowokować, ta nieobliczalna baba jest zdolna do wszystkiego – choćby spalić na popiół posiadłość Howardów. A wtedy pociągnie nas wszystkich za sobą.
— To niemożliwe! Chyba że zamierza poświęcić własnego brata — odcięła Aurora z lodowatym uśmiechem, krzyżując ręce na piersi.
Nathan zatrzymał na niej zmrożone spojrzenie.
— Ty skończona idiotko. Lepiej módl się, żeby ten cherlawy chłopak był zdrów jak ryba, bo inaczej Olivia naprawdę i do cna postrada zmysły.
Aurora, spłoszona ostrością jego wzroku, zamilkła. Seraphina, widząc, jak bardzo wściekły jest jej mąż, wcale nie miała ochoty zostać kolejnym celem jego furii.
— Idziemy. Trzeba wracać do domu i doprowadzić się do porządku — rzucił Nathan chłodno, odwracając się na pięcie i wychodząc z katedry.
Seraphina i Aurora poszły za nim niemal krok w krok, ostrożnie odwracając wzrok od każdej znajomej twarzy, gdy pędem zmierzały do samochodu, by po chwili ruszyć z piskiem opon w stronę domu.
Tymczasem Damon przywiózł Olivię do posiadłości Howardów. Rezydencja była ogromna — sam przejazd od bramy wjazdowej do głównego domu zajął im kilka dobrych minut.
Kiedy samochód wreszcie się zatrzymał, Olivia wysiadła, wciąż w sukni ślubnej.
„Nawet nikt nie wyszedł na powitanie. Matthew jest w tej rodzinie aż tak nieistotny, czy po prostu ja się tutaj kompletnie nie liczę?” — pomyślała z sarkazmem, który aż dźwięczał w jej głowie.
W tym momencie z wnętrza domu wyłoniła się elegancko ubrana kobieta, tuląc w ramionach małego psa, a za nią szły w szeregu służące. Kobieta miała na sobie zwiewne, purpurowe peniuarowe kimono i poruszała się z cichą, wyniosłą gracją. Stanęła na szczycie schodów, delikatnie gładząc po głowie swojego chihuahua i mierząc Olivię wzrokiem od stóp do głów jak towar na wystawie.
— Pani, pani Olivia Howard przyjechała — oznajmił Damon, skłaniając głowę z szacunkiem.
„Więc to jest Celeste Howard, matka Matthew? Trzeba przyznać, że jak na swój wiek jest świetnie utrzymana. Jak taka piękna kobieta mogła urodzić takiego szkaradnego syna? Jego ojciec musiał być doprawdy koszmarnie brzydki” — mruknęła w myślach Olivia, jednocześnie składając grzeczny ukłon.
— Dzień dobry, mamo. Nazywam się Olivia.
Chihuahua wtulony w ramiona Celeste zaszczekał dwa razy w stronę Olivii, po czym wydał z siebie niskie, ostrzegawcze warknięcie.
Celeste lustrowała Olivię wzrokiem od góry do dołu, lekko odchylając się do tyłu, a jej dłoń coraz szybciej sunęła po grzbiecie pieska.
— Was nie stać na porządne ubranie? Wyglądasz jak ostatnia żebraczka — rzuciła chłodem, od którego aż mroziło.
Olivia zerknęła na swoją suknię ślubną, na moment zdezorientowana. Podczas wcześniejszej ucieczki i szarpaniny z rodziną w katedrze suknia porwała się, a fryzura całkiem się rozpadła, przez co wyglądała na konkretnie zmiętoloną i zaniedbaną.
— Żegnałam się z rodziną. Wszyscy bardzo to przeżywali, było dużo łez. Musiała mi się sukienka o coś zahaczyć przy tych wszystkich uściskach — skłamała bez zająknięcia, posyłając Damonowi dyskretnie błagalne spojrzenie.
„No dalej, przytaknij…”
Damon zawahał się na ułamek sekundy, po czym skinął głową.
— Tak, dokładnie tak było.
Celeste spojrzała na Olivię z tak wyraźną odrazą, że niemal dało się ją poczuć jak ciężkie, duszące powietrze między nimi. Gładziła psa coraz mocniej, aż chihuahua wygiął szyję i zaniepokojony spojrzał na swoją panią.
— Obojętne mi, jak zachowujesz się w swoim domu, ale pod tym dachem obowiązują nasze zasady. Zasada pierwsza: nie wchodzi się do środka w brudnych albo zniszczonych ubraniach.
Celeste zerknęła na jedną ze stojących za nią służących.
— Mira, przynieś jej jakieś czyste rzeczy. Przebierze się w samochodzie, zanim wejdzie.
Starsza służąca, Mira Parker, skinęła cicho głową i ruszyła na górę.
„Zapowiada się ciekawie… Życie w tej rodzinie łatwe nie będzie. Nawet pies mnie nie cierpi” — pomyślała Olivia, wyraźnie czując ciężar wyniosłości Celeste. Tego się zresztą spodziewała — która normalna matka nie fatyguje się na ślub własnego syna?
Wtedy zauważyła małą, czerwoną plamkę na tylnej łapce chihuahua, dokładnie w miejscu, gdzie zaraz miała opaść dłoń Celeste.
„Oho, teraz dopiero będzie przedstawienie” — przemknęło jej przez myśl, a kąciki ust drgnęły w ledwie dostrzegalnym uśmiechu, gdy zaczęła w myślach odliczać.
„Trzy, dwa, jeden…”
Chwilę później Celeste wydarła się nagle przeraźliwym, przeszywającym krzykiem.
