Rozdział 7
PERSPEKTYWA DEREKA
Zawsze goniłem za Elizą z dwóch podstawowych powodów: jej ogromnego majątku i niezaprzeczalnej urody.
Nie to, żeby jej uroda miała dla mnie większe znaczenie. Była jedynie powierzchownym atrybutem.
Była tylko trofeum, środkiem do celu. Środkiem, który musiałem wykorzystać.
Prawda była taka, że nienawidziłem wszystkiego, co dotyczyło jej roli jako gospodyni domowej.
Jakie wkłady wnosiły takie kobiety do Królestwa Lykanów? Żadne. Absolutnie żadne.
Luny takie jak ona były w najlepszym razie ozdobą, a w najgorszym ciężarem.
Eliza była ucieleśnieniem wszystkiego, co frustrowało mnie w tradycyjnych dynamikach stada — kobiet, które istniały w cieniu swoich mężów, nie wnosząc nic do siły czy przetrwania stada, a jednak czerpiąc korzyści z tego, czego nie zasiewały.
Jedyne, za co były wynoszone na piedestał, to rodzenie dziedziców tronu albo bycie dziećmi Alfy stada.
Ta mentalność sprawiła, że Eliza stała się nie do zniesienia.
Nie spędziliśmy razem ani jednego dnia od naszego ślubu, ale nie mogłem powstrzymać się od marszczenia brwi za każdym razem, gdy słyszałem o jej "pracy" w domu, podczas gdy ja ryzykowałem życie na froncie, aby chronić stado.
Nawet rozważałem, aby po rozwodzie pozwolić jej zostać moją kochanką, co było aktem hojności z mojej strony.
Hojności, którą odrzuciła w mgnieniu oka z powodu swojej arogancji. To była jej strata.
Wszystko, co miała, zawdzięczała mojej rodzinie.
Jeśli tego nie dostrzegała, to nie była lepsza od żebraków na ulicy, proszących o pieniądze. Jakby już nie była obsesyjnie nastawiona na pieniądze, mieszkając pod moim dachem.
Moje rozmowy z kolegami z wojska często wracały do tego punktu.
"Luna powinna być czymś więcej niż tylko ładną twarzą," argumentowałem, pamiętając niezliczone godziny spędzone na polach bitew, chroniąc nasze terytoria i walcząc w naszych wojnach. "Powinna być silna i niezależna."
"Luna powinna być w stanie stanąć i walczyć za swoje stado bez względu na okoliczności, a nie chować się w rezydencji czy zamku, aż zagrożenie minie." Inni zazwyczaj zgadzali się ze mną, nie widząc sensu w kobiecie, której siła pochodziła jedynie z nazwiska, które pożądała.
Maya doskonale to rozumiała.
Od momentu, kiedy się poznaliśmy, reprezentowała wszystko, czym Eliza nie była — silna, strategiczna, szlachetna i wyrafinowana.
Prawdziwa partnerka w każdym tego słowa znaczeniu.
Tam, gdzie Eliza by się wahała, Maya działała.
Tam, gdzie Eliza by narzekała, Maya rozwiązywała problemy swoimi sprytem i pięściami.
Spotkanie z nią było moim szczęściem, i nie zamierzałem marnować tej szansy na kogoś takiego jak Eliza, zwłaszcza że jej nie kochałem.
W pewnym momencie nawet rozważałem zostawienie Elizie części mojego majątku, aby ją udobruchać, ale po tym małym wybryku, który zrobiła, i po tym, jak mówiła, nie tylko do mnie, ale i do Mai, swojej przyszłej Luny, była w błędzie, jeśli myślała, że dostanie ode mnie choćby grosz.
Ugryzła rękę, która ją karmiła, a teraz nadszedł czas, aby poczuła konsekwencje.
W końcu, zgodnie z Klauzulą 7 Dekretu Małżeńskiego Lykanów, niezdolność Elizy do urodzenia mi dziedzica była doskonałym pretekstem do przejęcia wszystkich moich aktywów spod jej nosa. Była to luka prawna, którą zamierzałem w pełni wykorzystać.
Mój tok myślenia tej nocy został przerwany, gdy poczułem dotyk Mai obok mnie.
Jej palce przesuwały się po moim ramieniu, jej dotyk był elektryzujący.
"O czym myślisz?" zapytała, jej głos ociekał miodem, gdy wtuliła się w moją szyję.
"O Elizie. O rozwodzie. O wszystkim." Moje słowa wydawały się rozzłościć Maję, ponieważ jej palec zatrzymał się na chwilę na mojej piersi, ale zanim się obejrzałem, wróciła do normy, jej palce przesuwały się bez celu.
"Chodź tutaj," szepnęła, przyciągając mnie bliżej.
"Zapomnij o niej i o rozwodzie na razie. Skup się na mnie. Wkrótce zostanę twoją Luną, a wtedy będziemy rządzić stadem razem. Ręka w rękę, mój ukochany." Jej słowa wyryły się w mojej pamięci, gdy nachyliła się i pocałowała mnie w usta.
Bez wahania odwzajemniłem pocałunek, czując, jak mój wilk dziczeje, a coś we mnie staje się pierwotne z pożądania.
Wkrótce świat wokół nas rozpuścił się, a nasza noc była pełna namiętności.
Następnego ranka, gdy ubierałem się po gorącej nocy z Mają, przybyło królewskie wezwanie.
Od samego Króla Lykanów.
Posłaniec wręczył mi je, pozwalając przeczytać zawartość.
"Za dwa księżyce masz stawić się przed Królem Lykanów w sprawie unieważnienia małżeństwa z Luną Srebrnego Księżyca. Nieprzestrzeganie tego wezwania skutkować będzie karą nie tylko dla ciebie, ale i dla stada."
Parsknąłem i rzuciłem zwój na bok, czując, jak krew zaczyna wrzeć. Maja zauważyła moją narastającą złość i zmarszczyła brwi, podchodząc do mnie.
"Co się stało, kochanie?" zapytała, jej oczy pełne troski.
"Król mnie wezwał. Kolejna żałosna próba Elizy, żeby uratować nasze małżeństwo, bez wątpienia," powiedziałem Maji, przewracając oczami. "Jest szalona, jeśli myśli, że król się w to wtrąci. Podpisał unieważnienie. Nigdy nie łamie swojego słowa."
Śmiech Mai był jak muzyka dla moich uszu.
"Biedna nie wie, kiedy odpuścić," mruknęła pod nosem, jej oczy błyszczące rozbawieniem.
"Kiedy chce cię zobaczyć?" zapytała Maja, odchodząc, aby się ubrać.
"Za dwa księżyce. Więc musimy dziś wziąć najbliższy lot do królestwa Lykanów. Nie chcę żadnych opóźnień."
"Och, kiedy tam dotrzemy, możemy iść na zakupy? Pole bitwy nie zostawia miejsca na modę, a jeśli idziemy przed króla, chciałabym wyglądać jak najlepiej." Zamrugała do mnie rzęsami, jak zawsze, gdy czegoś chciała.
Uśmiechnąłem się i zrobiłem krok bliżej niej.
Jak mógłbym odmówić takiej kobiecie?
"Oczywiście, kochanie. Znajdziemy ci coś odpowiedniego, jak tylko wylądujemy," wyszeptałem jej do ucha.
Maja zapiszczała i uśmiechnęła się do mnie, zanim ja odwzajemniłem uśmiech i wyszedłem z pokoju, aby zarezerwować nasz lot do stolicy.
Gdy wyszedłem na palące słońce, wyjąłem telefon z kieszeni i zadzwoniłem do mojego agenta w biurze podróży. Po trzech sygnałach usłyszałem delikatny kobiecy głos.
"Golden Air. W czym mogę dziś pomóc?" zapytała mnie radosnym tonem.
"Dwa bilety pierwszej klasy do królestwa Lykanów. Lot w ciągu najbliższych trzech godzin, jeśli to możliwe. Czy są dostępne?"
"Proszę chwilę poczekać," powiedziała.
Linia była cicha, gdy słyszałem klikanie klawiatury w tle.
"Tak, jest dostępny lot. Odlatuje za cztery godziny. Jak chciałby pan zapłacić?"
"Pobierzcie opłatę z mojego konta na lotnisku. Odbiorę bilety, gdy tam dotrę."
"Oczywiście, proszę pana." Odpowiedziała, zanim linia się rozłączyła.
Westchnąłem i zmarszczyłem brwi.
Eliza nie ułatwiała mi tego, ale wkrótce pokażę jej, że nie jestem kimś, z kim można igrać. Postawię ją na swoim miejscu.
Wkrótce wsiedliśmy do samolotu do stolicy.
Dwugodzinny lot minął w mgnieniu oka, ponieważ Maja i ja rozmawialiśmy przez większość podróży.
Gdy samolot zatrzymał się na lotnisku, wysiedliśmy i ruszyliśmy do miasta taksówką, nie fatygując się wynajmem samochodu, ponieważ nie planowaliśmy długiego pobytu w królestwie.
Zanim dotarliśmy do naszego hotelowego apartamentu, Maja była już zachwycona możliwością zakupów, na co przystałem.
Jej kokieteryjna prośba była nie do odparcia.
Maja ciągnęła mnie od sklepu do sklepu, przymierzając strój za strojem, każdy piękniejszy na niej niż poprzedni. Nie będę kłamać.
Podobało mi się, ale potem wszystko się rozpadło. Jak okrutny żart losu, zobaczyłem ją.
Elizę.
Stała zaledwie kilka metrów dalej, oglądając designerską torebkę — jej zapach wyróżniał się jak bolący palec.
Nasze oczy się spotkały.
I w tej chwili wiedziałem, że to spotkanie zmieni wszystko.
Moje myśli pędziły z powodu konsekwencji naszego spotkania tutaj, ale to nie miało znaczenia.
Byłem gotów. Miałem wygraną kartę.
