Rozdział 1
Eileen
Ryk tłumu uderzył we mnie jak fizyczna fala, kiedy wcisnęłam się jeszcze głębiej w kąt wysiedzianej, kamiennej trybuny. Palce ściskały materiał spódnicy tak mocno, że aż pobielały mi kostki. Na dole, na arenie treningowej, dwa wilki krążyły wokół siebie w rosnącym słońcu, ich sylwetki rozmywał pył unoszący się spod łap przy każdym wyważonym kroku.
Nie powinnam tu być. Uczniowie z kierunku leczniczego rzadko przychodzili na pokazy Wojowników, a jeśli już, to na pewno nie siadają sami na najwyższych, najgorszych miejscach jak jakiś żałosny podglądacz. Ale nie umiałam inaczej. Nigdy nie umiałam, nie jeśli chodziło o Dereka Ashforda.
Ciemnobrązowy wilk — jakiś trzecioklasista, którego imienia nigdy nie chciało mi się zapamiętać — rzucił się z wściekłym warkotem, który wyrwał z tłumu zbiorowy jęk. Derek, szarobrązny, skręcił się w powietrzu, ale za wolno. Uderzenie wbiło go w ubity piach z takim hukiem, że aż poczułam to w klatce piersiowej.
Nie. Paznokcie wbiły mi się w skórę dłoni, zostawiając półksiężyce. Wstawaj. Błagam, wstawaj.
— Już po nim! — wrzasnął ktoś z niższych rzędów. — Dwa pojedynki jeden po drugim, przecież nic mu nie zostało!
— Poddaj się, Derek! — zawołał inny głos. — Nie bądź głupi!
Ale Derek nigdy się nie poddawał. Nie przez ten rok, odkąd obserwowałam go z cienia, zapamiętując każde zwycięstwo jak wersety z Pisma. Dwadzieścia wygranych, przy pojedynkach tylko dwa razy w miesiącu. Teraz w pierwszej piątce rocznika. Znałam jego statystyki lepiej niż własne oceny, umiałam wyrecytować jego drabinki turniejowe jak nazwy ziół leczniczych, które wkuwałam do późna, aż piekły mnie oczy.
Brązowy wilk wykorzystał przewagę, potężną łapą celując prosto w odsłonięte gardło Dereka. Trybuny eksplodowały wrzaskiem. Serce mi stanęło.
A potem Derek się poruszył.
To było piękne — to jedyne słowo, jakie do tego pasowało. Jego szarobrązna sylwetka stała się płynnym cieniem; wyturlał się spod ciosu i w tej samej chwili wbił pazury w kark przeciwnika jednym płynnym ruchem. Rzut przez bark, który po tym nastąpił, był podręcznikowo idealny, posyłając większego wilka na grzbiet z taką siłą, że aż pękły ćwiczebne płyty pod nimi.
Przez jedno uderzenie serca na arenie zapadła cisza.
A potem — chaos. Skowyt poddania brązowego wilka przeciął powietrze, a tłum oszalał. — DEREK! DEREK! DEREK! — Skandowali tak głośno, że stare mury Akademii św. Heleny zdawały się drżeć, jakby kamienie miały się zaraz rozsypać.
— NIEWIARYGODNE! — Głos komentatora, wzmocniony magią, aż załamał się z emocji. — Idealna kontra! Derek Ashford wchodzi do finału po dwóch kolejnych zwycięstwach!
Podniosłam się, zanim w ogóle zorientowałam się, że wstałam, klaszcząc tak mocno, że aż piekły mnie dłonie, a obraz zaczął się lekko rozmazywać od łez, których za żadne skarby świata nie zamierzałam puścić. Wiedziałam. Wiedziałam, że da radę. Zawsze jest genialny, kiedy naprawdę się liczy.
Trenerzy rzucili obu zawodnikom prowizoryczne spodenki, żeby mieli się czym zasłonić. Przeszli z powrotem w ludzką postać, zbyli wiwatujący tłum krótkimi machnięciami ręki i ruszyli w stronę szatni.
Zostałam stojąc, wciąż buzując od adrenaliny, próbując uspokoić szalony rytm serca, podczas gdy euforia powoli opadała.
— Widzieliście ten rzut? — Grupka dziewczyn z toru Wojowników przecisnęła się obok mnie, ich drogie perfumy od razu zaczęły mnie drażnić w nos. — Derek na bank zgarnie mistrzostwo.
— No pewnie. Ciekawe tylko, która będzie tą szczęściarą na jutrzejszym balu.
Zabrakło mi tchu. Kartka w mojej kieszeni — bladoniebieski kartonik, nad którym siedziałam całe noce, z brzegami wytłoczonymi srebrnymi księżycowymi kwiatami, zebranymi o północy — nagle zrobiła się jakaś nienaturalnie ciężka.
— Ciekawe, kogo poprosi — powiedziała jedna z nich, aż za bardzo podekscytowana. — Może mieć każdą.
Może mieć każdą. Słowa zadźwięczały mi w głowie, za każdym powtórzeniem wbijając nóż wątpliwości trochę głębiej.
— Może już kogoś ma na oku? Tak draliśmy się na trybunach, że na pewno przynajmniej którąś z nas zauważył.
Rozchichotały się, schodząc po schodkach, ich głosy mieszały się z ogólnym gwarem rozchodzącego się tłumu. Opadłam z powrotem na kamienną ławkę, a moja dłoń sama powędrowała do kieszeni, palce muskając przez materiał starannie złożoną kartkę.
Może mieć każdą. Słowa odbijały się echem, jakby ktoś powtarzał je tuż przy moim uchu. Ale Derek nie był taki — nie był z tych, co wybierają najgłośniejszą fankę albo najładniejszą buzię. Derek, którego znałam, był inny. Uważny. Dobry.
Moje palce znów obrysowały krawędź kartki, a ja pozwoliłam sobie pamiętać.
Tamten wieczór sprzed roku, w ogrodzie z ziołami, wydawał się jak wczoraj. Byłam wtedy ciągle jeszcze w podstawowej akademii. Wszyscy wiedzieli, że jestem zepsuta, bez wilka, hańba dla nazwiska Wylde. Ale uparłam się, że się nie poddam. Wlewałam całą nadzieję w sztukę uzdrawiania, którą kochałam i w której naprawdę byłam dobra, rozpaczliwie próbując nadrobić to, czego natura mi odmówiła.
Ogród o zmierzchu był pusty, idealne miejsce, żeby nazbierać nocnej trawy na praktyczny egzamin. Byłam tak skupiona na szukaniu najświeższych kępek, że nie usłyszałam ich, dopóki nie było za późno.
— No proszę, proszę. Co taki bezwilczy… dziwoląg robi w naszym ogrodzie?
Podniosłam wzrok i zobaczyłam trzy bety zastawiające ścieżkę, a ręka ich przywódczyni już sięgała po moje włosy. Znałam ją — wszyscy znali. Dwa miesiące później wyleciała za kradzież, ale tamtego wieczoru była królową swojego małego królestwa, a ja byłam intruzem.
— Proszę… — wyszeptałam, gdy szarpnęła mój warkocz, tak mocno, że łzy napłynęły mi do oczu. — Ja tylko potrzebuję tego na zaliczenie…
— Zaliczenie? — roześmiała się, dźwiękiem jak tłuczone szkło. — Bezwilczki nie kończą szkoły, kochanie. Marnujesz tylko wszystkim czas.
Koszyk poleciał w bok. Cenna nocna trawa — godziny uważnego zbierania — została stratowana pod ich butami, gdy pchnęły mnie na mur. Plecami uderzyłam w kamień tak mocno, że aż zabrakło mi tchu, a żebra zapiekły jak ogień.
— Bezwartościowa — wysyczała jedna z nich, unosząc rękę do policzka. Wiedziałam, że ten policzek będzie siny. — Tak samo żałosna jak twoja krew…
— Trzy na jedną to chyba trochę nie fair, co?
Ten głos był niski, opanowany, ale z taką ostrą nutą, że wszystkie trzy momentalnie znieruchomiały. Przez łzy zobaczyłam jego sylwetkę — wysoką, w świetle zachodzącego słońca, idącą z taką pewnością, jakby świat należał do niego.
Bez wahania stanął między nami, łapiąc nadgarstek przywódczyni w pół ruchu. — Spadać. Teraz.
Rozbiegły się jak spłoszone króliki. A on odwrócił się do mnie, kucnął przede mną z taką ostrożną delikatnością, że coś we mnie pękło, jakby ktoś otworzył na oścież drzwi w zamarzniętym sercu.
— Hej — powiedział cicho. — Żyjesz? Dasz radę wstać?
Boże. Gapiłam się na niego kompletnie oszołomiona. Obcy mi pomagał? Naprawdę pytał, czy nic mi nie jest — i czekał na odpowiedź? Moja własna rodzina nigdy nie mówiła do mnie takim łagodnym tonem. Nigdy nie patrzyła na mnie tak, jakby warto było mnie bronić.
Ta dobroć w jego głosie była tak obca, że na chwilę zapomniałam, jak się oddycha. Chryste, kiedy ostatni raz kogokolwiek obchodziło, czy mnie coś boli?
Jego dłoń była ciepła, sucha i pewna, gdy podnosił mnie z ziemi. Zachód słońca malował go na złoto, jak bohatera z baśni, które kiedyś czytałam. Pomógł mi nawet pozbierać to, co zostało z moich zniszczonych ziół.
— Trzymaj. — Ściągnął kurtkę — drogi skórzany model, wart pewnie więcej niż cała moja szafa — i narzucił mi ją na ramiona. — Nie dawaj im satysfakcji, że widzą, jak płaczesz, dobra?
Odprowadził mnie aż do gabinetów Działu Leczniczego, a tuż przed rozstaniem potargał mi włosy, jakby byłam dzieciakiem. — Jak ktoś jeszcze będzie się ciebie czepiał, szukaj mnie. Obiecujesz? A, racja, nazywam się Derek Ashford.
— Eileen — wyszeptałam, ledwie wydobywając z siebie dźwięk. Kiwnęłam głową, a serce rozlało się we mnie wdzięcznością i dziwnym ciepłem, którego jeszcze nie umiałam nazwać. Tego wieczoru coś we mnie zapuściło korzenie.
Ale potem odkryłam, że on należy do Wyższej Akademii, podczas gdy ja ciągle byłam w Podstawowej Dywizji. Choć dzieliliśmy ten sam kampus, nasze światy niemal się nie przecinały — osobne sale, osobne plany zajęć, osobno wszystko. Nigdy nie zrozumiałam, co go wtedy sprowadziło do Ogrodów Zielarstwa dla młodszych, a mimo że przez następne tygodnie kręciłam się tam z nadzieją, już go nie spotkałam.
Los jednak miał inne plany. Na początku nowego semestru moje badania z zielarstwa przyniosły mi coś prawie niespotykanego — bezpośrednie przeniesienie do Programu Leczniczego Wyższej Akademii.
