Rozdział 2

Eileen

Byłam w siódmym niebie, że w końcu mój wysiłek się opłacił, że ktoś wreszcie zobaczył, do czego jestem zdolna. Ale jeśli mam być ze sobą szczera? Prawdziwy dreszcz ekscytacji brał się z tego, że wreszcie miałam trafić do świata Dereka—tam, gdzie znowu mogłam go widywać.

Czasem widywałam go w bibliotece. Zawsze skinął mi głową, zawsze posyłał ten sam ciepły uśmiech. Raz, kiedy szarpałam się z naręczem ciężkich podręczników, pojawił się znikąd i pomógł mi je donieść do mojego boksu w czytelni. „Nie możemy dopuścić, żeby nasi przyszli uzdrowiciele rozwalili sobie kręgosłup, zanim jeszcze skończą naukę” – rzucił z uśmiechem, od którego serce mi zadrżało jak szalone.

Innym razem, w stołówce, kiedy grupa czystokrwistych „przypadkiem” wytrąciła mi tacę z rąk, Derek zjawił się przy mnie w kilka sekund. Pomagał mi sprzątać ten cały bałagan, posyłając im spojrzenie, po którym natychmiast się rozpierzchli. Nie zrobił z tego wielkiej sceny. Po prostu ścisnął mnie lekko za ramię i powiedział: „Nie martw się. Już jestem.”

Drobiazgi. Krótkie chwile. Ale to wystarczyło, żeby podsycać we mnie nadzieję, że może, tylko może, widział we mnie kogoś więcej niż tę bezwilczą dziewczynę, której kiedyś pomógł.

Potem awansował do zaawansowanych klas Wojowników i nasze drogi zaczęły się przecinać coraz rzadziej. Nadal chodziłam na jego pojedynki, oczywiście—nie opuściłam ani jednego—ale te codzienne, zwyczajne spotkania w bibliotece i stołówce zniknęły. Teraz prawie zawsze otaczała go grupka innych Bet, ciągle zajęty treningami, naradami taktycznymi i całym tym życiem wschodzącego czempiona.


Ale przecież był dla mnie dobry. To musiało coś znaczyć, prawda?

Wyjęłam kartkę z kieszeni i ostrożnie ją rozłożyłam, wpatrując się w słowa, które przepisywałam już z dziesięć razy. Księżycowe kwiaty trochę zwiędły od upału, ich srebrne płatki zawijały się na końcach. Z tyłu, mały szaro-brązowy wilk, którego narysowałam—moja żałosna próba uchwycenia wilczej postaci Dereka—wydał mi się bardziej uroczy, niż go zapamiętałam, choć wciąż wyglądał amatorsko.

On nie jest płytki, powtarzałam sobie uparcie, przyciskając kartkę do piersi, tam gdzie serce waliło jak oszalałe, jakby chciało wyrwać się na wolność. On nigdy nie był typem, który ocenia po krwi albo po wyglądzie. Pomógł mi, kiedy nikt inny nawet by się nie zatrzymał. Upewniał się, że wszystko ze mną w porządku, chociaż wcale nie musiał.

Podniosłam się, zanim zdążyłam się rozmyślić. Nogi trzęsły mi się tak bardzo, że musiałam oprzeć się o ławkę, żeby nie upaść. Arena prawie opustoszała, studenci płynęli gęstym strumieniem w stronę jadalni na przedceremonialną ucztę. W tłumie co chwilę mignęło mi wejście do szatni, z której Derek miał zaraz wyjść.

Po prostu mu to daj. Przećwiczyłaś to w głowie setki razy. „Derek, zastanawiałam się, czy może zechciałbyś…” Nie, za sztywno. „Hej, więc ten jutrzejszy bal…” Za bardzo na luzie. „Wiem, że to nagłe, ale…”

Mój wewnętrzny monolog urwał się, gdy Derek wyszedł bocznym wejściem. Włosy miał jeszcze wilgotne po myciu, a treningowe skóry zastąpiła prosta lniana koszula, która jakoś sprawiała, że wyglądał jeszcze przystojniej. Był sam, siedział na jednej z kamiennych ławek pod wawrzynami, a kiedy podniosł głowę i zobaczył, że się zbliżam, coś mignęło mu w oczach. Zbyt szybko, żebym zdążyła to odczytać.

To było to. To była ta chwila. Kartka ważyła nagle jak z tysiąc kilo w mojej spoconej dłoni.

– Cześć – wykrztusiłam, mój głos zabrzmiał dużo słabiej, niż planowałam. – Ja... widziałam twój mecz. Byłeś niesamowity.

Jego wyraz twarzy zmienił się na uprzejmy, miły, całkowicie bezosobowy.

– Dzięki. Miło z twojej strony.

Między nami rozciągnęła się cisza, głęboka jak przepaść. Zerknął z powrotem na podręcznik taktyczny leżący mu na kolanach – w każdym geście miał wypisane: zbywam cię.

Powiedz coś. No powiedz. Ćwiczyłaś to. Dasz radę. Był dla ciebie miły wcześniej. Przynajmniej cię wysłucha.

– Derek, ja... – Moja ręka odnalazła kartkę, palce trzęsły mi się tak bardzo, że papier zaszeleścił. – Chciałam ci coś dać.

Spojrzał na mnie znowu, brwi uniosły mu się lekko, kiedy wyciągnęłam kartkę, jakby mogła go ugryźć. Przez chwilę, która dłużyła się jak wieczność, tylko się na nią gapił. Potem, z tą ostrożną uprzejmością, jaką okazuje się obcemu dziecku wciskającemu swój rysunek, wziął ją.

Nie mogłam oddychać. Nie mogłam się ruszyć. Mogłam tylko patrzeć, jak jego oczy przesuwają się po starannie zapisanych słowach – Derek, czy uczynisz mi zaszczyt i zostaniesz moim partnerem na jutrzejszym Tańcu Księżyca? Byłoby mi niezmiernie miło. — Eileen Wylde – i po niezdarnym rysunku wilka na odwrocie.

Jego twarz się nie zmieniła. Ani śladu zaskoczenia, radości, nawet cienia zrozumienia, ile godzin spędziłam, dopieszczając to dla niego.

Proszę – błagałam w myślach, czując tamten dawny żar w jego głosie, gdy rozmawialiśmy w ogrodzie, ciepło jego dłoni, kiedy podnosił mnie z ziemi. – Powiedz coś. Cokolwiek.

– No proszę, proszę! Derek, czy to… – Wysoki Beta o tej samej ostrej linii szczęki co Derek podszedł szybkim krokiem, z szerokim, drapieżnym uśmiechem. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy mnie zobaczył, oczy rozszerzyły mu się z autentycznym, jak się zdawało, zaskoczeniem. – Czekaj. Ty tu jesteś? W akademii dla zaawansowanych?

Zamrugałam, a przez moją nerwowość przebiło się oszołomienie.

– Ja... tak? Ja... czy my się znamy?

– Blake Morrison – przedstawił się, choć nazwisko nic mi nie mówiło. Jego wzrok przeskakiwał między mną a Derekiem, w spojrzeniu pojawiło się coś kalkulującego. – Spotkaliśmy się krótko w zeszłym roku, chociaż wątpię, żebyś pamiętała. – Odwrócił się do Dereka z śmiechem, od którego aż zjeżyła mi się skóra. – No nie wierzę. Byłem pewien, że zakład się posypał, jak zobaczyłem, że ona dalej siedzi w podstawowej ścieżce.

Zakład? To słowo uderzyło mnie jak policzek. Moja ręka, wciąż trochę wyciągnięta w stronę Dereka, zaczęła drżeć już z zupełnie innego powodu.

Szczęka Dereka napięła się ledwie dostrzegalnie, ale dalej na mnie nie spojrzał. Zamiast tego podał kartkę Blake’owi z taką niedbałą swobodą, że aż ścisnęło mi się w żołądku.

– No cóż. Niespodzianka.

Blake wziął kartkę, jego uśmiech tylko się rozszerzył, gdy zaczął czytać.

– Zaproszenie na Taniec Księżyca. I jeszcze uroczy bazgrołek wilka. – Cicho zagwizdał. – Naprawdę cię ścigała aż tutaj, co? To się nazywa poświęcenie. – W jego oczach zabłysła rozbawiona iskra. – Trzeba ci przyznać, Derek, myślałem, że ten cały zakład dawno odwołałeś. Nie sądziłem, że masz w sobie tyle, żeby ciągnąć tę szopkę tak długo.

Ziemia pod nogami jakby się przechyliła.

– Co... co ty mówisz? – wymamrotałam.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział