Rozdział 1 Pułapka

Punkt widzenia Briar

Mój ojciec sprzedał mnie potworowi, żeby spłacić swoje długi, a dzisiejszego wieczoru ten potwór oczekiwał, że będę idealnym dodatkiem na jego przyjęciu zaręczynowym — z inną kobietą.

Ironia wcale mi nie umykała, kiedy stałam w marmurowym lobby hotelu Obsidian, wygładzając szmaragdową jedwabną suknię, którą asystent Juliana dostarczył dziś rano wraz z jedną wydrukowaną notatką: [Załóż to. Wyglądaj schludnie. Nie rób mi wstydu.]

Moja wilczyca poruszyła się niespokojnie pod skórą, wyczuwając to, co przez cały dzień próbowałam ignorować — pułapkę zaciskającą się wokół nas z każdym krokiem w stronę złotych drzwi sali balowej.

Rok. Tyle czasu byłam własnością Juliana Sterlinga. Dwanaście miesięcy wzywania mnie na jego skinienie, dwanaście miesięcy, w których moje życie sprowadziło się do czekania na jego kolejne polecenie. Dwanaście miesięcy siniaków ukrytych pod ubraniami, połykania krzyków, gdy przypominał mi dokładnie, czym jestem — posiadłością, którą należy kontrolować.

Blizny na mojej szyi nakładały się na siebie warstwami, aż utworzyły blade, srebrzyste linie, których nie potrafiłam już policzyć — każda była znakiem jego własności.

Jak dwa wieczory temu, kiedy jego głos bez ostrzeżenia przeciął mój umysł.

— Przyjdź do mojego gabinetu. Natychmiast.

Byłam w trakcie posiedzenia zarządu, przedstawiałam inwestorom prognozy na trzeci kwartał, a oni wreszcie zaczynali znów wierzyć w Vance Industries. Trzy kolejne kwartały wzrostu — po raz pierwszy od dwunastu miesięcy poczułam, że może uda mi się wyrwać spod cienia ojca.

Ale rozkaz Juliana roztrzaskał tę nadzieję, przymus wyrwał mnie z miejsca w połowie zdania.

— Przepraszam, panowie. Pojawiła się pilna sprawa — mój dyrektor finansowy będzie kontynuował.

Dwadzieścia minut później stałam w jego biurze w penthousie, podczas gdy on siedział za biurkiem i nawet nie podniósł wzroku.

— Dwadzieścia jeden minut — powiedział, a jego ton był śmiertelnie miękki. — Nie lubię czekać, Briar.

— Byłam na spotkaniu z inwestorami—

Rzucił się na mnie, zanim zdołałam dokończyć; jego dłoń wystrzeliła, zacisnęła się na moim nadgarstku i szarpnęła mnie do przodu tak mocno, że się zachwiałam. Drugą ręką objął mnie za gardło — nie dusił, tylko kontrolował — palce przycisnął do warstw blizn, które już tam zostawił.

— Kiedy wołam, przychodzisz. — Jego twarz była o cale od mojej, szare oczy zimne jak zima. — Rozumiesz?

Skinęłam głową, ledwo łapiąc powietrze.

— Powiedz to.

— Rozumiem. — Słowa wydostały się zdławione.

Trzymał mnie tak przez trzy nieskończone sekundy, po czym puścił z taką siłą, że zatoczyłam się do tyłu.

— Nalej mi drinka — powiedział, podchodząc do biurka i siadając, jakby nic się nie stało. — Dwa palce, bez lodu.

Ręce mi drżały, gdy podeszłam do wózka z alkoholem, niezdarnie chwytając butelkę szkockiej. Czułam na sobie jego wzrok, obserwujący każdy drżący ruch, kiedy nalewałam dokładnie dwa palce i zaniosłam mu.

Wziął szklankę, nawet na mnie nie patrząc, upił łyk, a potem wskazał ruchem głowy na swoje buty — drogie, włoskie, skórzane, już nieskazitelnie czyste.

— To trzeba wypolerować. Zestaw jest w dolnej szufladzie mojego biurka.

Gorąco zalało mi twarz.

— Julian, proszę—

— Dla ciebie to Alfa. — Jego głos pozostał konwersacyjny, niemal znudzony. — I czekam.

Nie miałam wyboru. Opadłam na kolana na podłogę jego gabinetu, drżącymi dłońmi wyciągnęłam zestaw do polerowania i zaczęłam pocierać jego buty szmatką, a on patrzył, jakbym była niczym więcej niż wynajętą pomocą.

— Jesteś zajęta — zauważył swobodnie. — Artykuł w Forbesie. Wywiad dla Business Insidera. Naprawdę zaczęłaś wierzyć we własną prasę, co? Zaczęłaś myśleć, że kwartalne raporty i wywiady w mediach czynią cię ważną. — Wziął kolejny łyk. — Ale to? To jest to, czym naprawdę jesteś. To jest twoje miejsce.

Obraz mi się zamazał. Nie mogłam mówić, nie mogłam się bronić, mogłam tylko dalej polerować, podczas gdy moje profesjonalne ubrania — dopasowany garnitur, który włożyłam, żeby zrobić wrażenie na inwestorach — gniotły się na podłodze.

— Nie jesteś żadną CEO — powiedział cicho, kiedy skończyłam, a w jego głosie brzmiał śmiertelny spokój. — Nie jesteś historią sukcesu. Jesteś tylko dziewczyną bawiącą się w przebieranki, bo ja ci na to pozwalam. A następnym razem, kiedy zaczniesz czuć dumę… — Wskazał na zestaw do manicure wciąż leżący na podłodze. — Pamiętaj, gdzie jest twoje miejsce.

Odprawił mnie machnięciem ręki.

Dotarłam do samochodu, zanim napłynęły łzy, zanim rzeczywistość runęła na mnie z całą siłą. Nie potrzebował mnie do niczego. Po prostu chciał mnie ukarać za to, że ośmieliłam się odnieść sukces, że ośmieliłam się choć na moment zapomnieć, że do niego należę.

To było czterdzieści osiem godzin temu. Siniaki na nadgarstku ledwie zaczęły blednąć.

A teraz chciał, żebym tu była, na jego przyjęciu zaręczynowym, bawiła się w przebieranki, podczas gdy on paradował ze swoją prawdziwą przyszłością przed elitą Shadowmoor Pack — Chloe Davenport, córką Alfy z Silverwind Pack, której rodzinny sojusz wzmocniłby potęgę obu stad.

Przepchnęłam się przez drzwi sali balowej i hałas uderzył we mnie jak fizyczna ściana — śmiech, brzęk kieliszków od szampana i niski pomruk setki rozmów nałożonych na muzykę kwartetu smyczkowego.

Zrobiłam ledwie trzy kroki w głąb sali, gdy usłyszałam, jak zaczynają się szepty, ostre i tnące pod elegancką fasadą.

— To Briar Vance? Nie wierzę, że naprawdę przyszła.

— Bezczelność. Wszyscy wiedzą, że ona jest tylko Julianową… no, wiesz.

— Biedaczka pewnie myśli, że ma jakąś szansę. Poczekaj, aż Chloe ją zobaczy.

Patrzyłam przed siebie, palce zaciskając na kieliszku szampana, który wzięłam od przechodzącego kelnera; nóżka wbijała mi się w dłoń tak mocno, że aż bolało. Kryształ wydawał się jedyną stałą rzeczą w pokoju, który przechylał się na bok, a rozmowy zlewały się w kakofonię osądu.

— …żałosne, naprawdę. Czy ona myśli, że wybrałby kogoś takiego jak ona zamiast córki Alfy…

— …Chloe ją zje żywcem…

Moja wilczyca zapiszczała żałośnie, chcąc odsłonić kły i warknąć na każdą szyderczą twarz, ale zmusiłam się, by iść dalej, by trzymać podniesiony podbródek, choć paliły mnie policzki, a dłonie drżały. Byłam tu, bo Julian mi kazał, bo dług krwi nie zostawiał mi wyboru, ale nikt poza nim o tym nie wiedział. Dla nich byłam po prostu zdesperowaną idiotką, która nie potrafi pojąć aluzji.

Dostrzegłam go blisko środka sali, nienagannie ubranego w grafitowy garnitur, stojącego obok—

Zamarł mi oddech.

Chloe Davenport stała przy nim w szmaragdowej jedwabnej sukni identycznej jak moja, co do ostatniego detalu. Ten sam dekolt, ta sama lejąca spódnica, ten sam delikatny złoty pasek w talii.

Żołądek mi się zapadł.

Nie. Nie, nie, nie—

Kieliszek szampana o mało nie wyślizgnął mi się z nagle zdrętwiałych palców. To nie był przypadek. Julian wysłał mi tę suknię, wiedząc dokładnie, co będzie miała na sobie Chloe. Uknuł to celowo — chciał, żebym została wyśmiana i upokorzona na oczach całego stada, chciał, żeby Chloe uznała mnie za zagrożenie, które trzeba zgnieść, chciał, żeby wszyscy patrzyli, jak zostaję sprowadzona na swoje miejsce.

Wokół mnie szepty urosły do crescendo ledwie skrywanej uciechy.

— O mój Boże, zobacz, co ona ma na sobie…

— Założyła tę samą sukienkę co przyszła panna młoda…

— To będzie masakra.

Chciałam uciec. Każdy instynkt krzyczał, żebym się odwróciła i zwiała, zanim będzie gorzej, ale nogi miałam jak z ołowiu, a moja wilczyca sparaliżowana ciężarem setki wrogich spojrzeń. Byłam w pułapce, stojąc pośrodku sali balowej pełnej wilkołaków, którzy uznaliby to albo za żałosną próbę przyćmienia przyszłej panny młodej, albo za dowód, że jestem dokładnie tym, co sugerowały plotki: zdesperowaną zabawką Juliana Sterlinga, która nie potrafi zaakceptować swojego miejsca.

Zrobiłam chwiejny krok w tył, modląc się, że zdołam się wymknąć, zanim ktoś urządzi przedstawienie, ale było za późno.

Chloe mnie zobaczyła.

Następny Rozdział