Rozdział 2 Uciekaj

Uśmiech Chloe zastygł na jej twarzy na dokładnie trzy sekundy, kiedy mnie zobaczyła. Jej lodowoniebieskie oczy przesunęły się od góry mojej szmaragdowej sukni aż do dołu, do samego brzegu, po czym wróciły w górę do dekoltu, wyłapując każdy szczegół, który idealnie pasował do jej własnego stroju.

Kwartet smyczkowy właśnie skończył utwór i w nagłej ciszy ostry stukot jej obcasów o marmurową posadzkę zabrzmiał jak strzały, gdy ruszyła przez salę w moją stronę.

Zatrzymała się dokładnie trzy stopy ode mnie, przechylając głowę, jakby mnie studiowała z zafascynowaną ciekawością, z jaką dziecko przygląda się interesującemu robakowi. Lustrowanie trwało pełne pięć sekund, po czym roześmiała się jasno i radośnie.

— Briar Vance. — Przeciągnęła moje imię, jakby ją bawiło; w jej głosie pobrzmiewało przesadne zdziwienie. — Wyglądasz dziś wieczorem taaaka wyjątkowa.

Szeptane rozmowy dookoła nas urwały się natychmiast. Każda głowa w pobliżu odwróciła się w naszą stronę, telefony dyskretnie ustawiając się pod odpowiednim kątem. Poczułam ciężar ich zbiorowej uwagi jak fizyczny nacisk na klatkę piersiową, aż trudno było oddychać. Chloe zauważyła zbierającą się publiczność i podniosła głos o kilka tonów, niosąc go po nagle uciszonej przestrzeni.

— To znaczy, ta sukienka… — Spojrzała w dół na własną kreację, potem z powrotem na moją; jej wyraz twarzy był doskonałą maską niewinnego szoku. — Mamy na sobie dokładnie to samo! Jakie są na to szanse?

Żołądek ścisnęło mi gwałtownie. Kieliszek szampana wbił mi się w dłoń tak mocno, że przez moment myślałam, iż nóżka pęknie. Otworzyłam usta, żeby wyjaśnić, powiedzieć cokolwiek, ale gardło całkiem mi się zacisnęło. Nie wydobył się żaden dźwięk. Stałam jak sparaliżowana, a Chloe zrobiła jeszcze krok, zmniejszając dystans między nami tak, że nasze identyczne spódnice niemal się dotknęły.

— Chociaż, jak się przyjrzeć bliżej… — Sięgnęła, by wygładzić materiał swojej sukni; ten ruch tylko podkreślił, jak idealnie leży na jej krągłościach. — Moja jest z wiosennej kolekcji haute couture Versace. Na całym świecie uszyto tylko trzy sztuki. — Jej spojrzenie przesunęło się po mojej piersi, zatrzymując na płaskich liniach tam, gdzie sukienka nie wypełniała się tak jak na niej. — Twoja wydaje się trochę inaczej skrojona. To zamówienie?

Pytanie brzmiało dość niewinnie, ale z każdego słowa kapała sugestia. Masz podróbkę. Myślałaś, że wmieszasz się z nią w tłum. Naprawdę uwierzyłaś, że tu pasujesz.

W tłumie przebiegła stłumiona fala śmiechu. Kobieta w sukni w kolorze szampana pochyliła się do towarzyszki, mówiąc na tyle głośno, by było słychać. — Boże, ona serio myśli, że kogokolwiek oszuka? — Jej przyjaciółka odpowiedziała równie donośnie: — To pupilek Sterlinga. Czego się spodziewałaś, gustu?

Gorąco zalało mi twarz. Chciałam się bronić, wyjaśnić, że to asystentka Juliana przysłała tę sukienkę, że nie wiedziałam, iż Chloe będzie miała taką samą, ale gardło wciąż miałam zablokowane. A nawet gdybym mogła mówić, kto by mi uwierzył? Przyszli tu na przedstawienie, na rozrywkę oglądania, jak mnie rozszarpują. Prawda nie miałaby znaczenia.

Mogłam tylko stać jak osaczona ofiara, znosząc narastające okrucieństwo Chloe i radosną złośliwość w każdej obserwującej twarzy.

Młoda kobieta Beta wysunęła się z tłumu; z jej wyrazu twarzy ociekało fałszywe współczucie. — Chloe, nie bądź dla niej zbyt surowa. Może naprawdę nie wiedziała o dzisiejszym dress code’zie. W końcu… — Rzuciła mi znaczące spojrzenie. — Niektórzy nie są przyzwyczajeni do chodzenia na takie wydarzenia.

Chloe natychmiast wykorzystała tę okazję. — Masz rację. Słyszałam, że Vance Botanicals ma w ostatnich latach problemy? Briar, pewnie jesteś tak zajęta utrzymywaniem firmy na powierzchni, że nie miałaś czasu nauczyć się podstaw etykiety towarzyskiej. — Jej ton sugerował troskę o przyjaciółkę, ale każde słowo było wyliczone tak, by zranić.

Zanim zdążyłam zareagować, Chloe zrobiła krok i położyła dłoń na moim ramieniu w geście, który wyglądał na przyjazny, a w dotyku był roszczeniem do dominacji. — Ale to nic, rozumiem. W końcu pewnie niewiele wiesz o tym, jakie fasony pasują do różnych typów sylwetki. Tę sukienkę zaprojektowano dla kobiet z krągłościami. Na tobie jest trochę jak… jakby to ująć… jak mała dziewczynka, która przebiera się w ubrania mamy?

Kobiety dookoła wybuchły ostrym, tnącym śmiechem.

Każde słowo uderzało jak fizyczny cios. Zacisnęłam zęby tak mocno, że poczułam smak krwi, a paznokcie wbiły mi się w dłonie półksiężycami; trzymałam się tego bólu, żeby nie wybuchnąć. Jednak mój wzrok mimowolnie popłynął ku środkowi sali balowej, gdzie Julian stał z jedną ręką w kieszeni, a w drugiej trzymał kieliszek szampana. Jego zimne, szaroniebieskie oczy były utkwione dokładnie w tej scenie.

Nic nie powiedział.

Nie powstrzymał Chloe, nie podszedł, nawet się nie skrzywił. Po prostu stał i patrzył, jakby to był tylko umiarkowanie interesujący występ, a kąciki jego ust unosiły się w ledwie dostrzegalnym uśmiechu, w którym nie było rozbawienia, tylko coś mroczniejszego, coś sytego i okrutnego. Podobało mu się to.

Chloe podążyła za moim spojrzeniem i dostrzegła Juliana, jak się przygląda. Kiedy zobaczyła na jego twarzy wyraz zdystansowanej aprobaty, stała się jeszcze zuchwalsza. Odwróciła się z powrotem do mnie. — Wiesz, co powiedział mi Julian? — pochyliła się blisko, jej oddech był gorący przy moim uchu, a słowa przeznaczone wyłącznie dla mnie. — Powiedział, że twoim największym problemem jest to, że nie znasz swojego miejsca. Więc dzisiaj w nocy… — cofnęła się, a na jej twarz wrócił słodki uśmiech. — Uznaj to za lekcję.

Przestrzeń wokół mnie zdawała się zapadać. Chloe podchodziła bliżej z każdym werbalnym ciosem, a ja cofałam się krok po kroku, aż plecami uderzyłam o krawędź baru. Nie było już dokąd uciec. Każde jej słowo było tak starannie ułożone, by zostawić dokładnie tyle niedopowiedzenia, żebym nie mogła mu wprost zaprzeczyć, nie wyglądając przy tym na defensywną albo małostkową.

Tłum utworzył wokół nas krąg osądu, telefony trzymane pod wyważonymi kątami, żeby uchwycić każdą chwilę mojego upokorzenia; flesze aparatów trzaskały jak małe eksplozje.

A przez to wszystko milczenie Juliana było głośniejsze niż jakiekolwiek słowa. Jego lodowata obserwacja dawała atakowi Chloe najsilniejsze możliwe przyzwolenie.

Chloe nie skończyła. Rozejrzała się, żeby upewnić się, że wszyscy wciąż patrzą, po czym nagle wyciągnęła rękę i złapała mnie za nadgarstek — dokładnie w tym miejscu, gdzie dwa dni temu palce Juliana zostawiły siniaki.

Ścisnęła mocno.

Wypuściłam z siebie gwałtowny oddech, ból strzelił w górę ramienia i zamglił mi wzrok. Chloe poczuła moją reakcję i zamiast poluzować uścisk, zacisnęła go jeszcze bardziej, aż jej paznokcie niemal przebiły skórę. — Nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie, Briar. — Słodka poza zniknęła z jej głosu, zostawiając chłód i ostrość jak klinga. — Jak to się stało, że wybrałaś dokładnie tę sukienkę? Podglądałaś moje decyzje stylizacyjne? Czy… — urwała, a jej spojrzenie stwardniało groźnie. — Czy myślałaś, że jeśli ubierzesz się jak ja, Julian wreszcie spojrzy na ciebie tak, jak patrzy na mnie?

To była ostatnia kropla.

Coś we mnie pękło. Szarpnęłam nadgarstek z jej uścisku z taką siłą, że kilka osób obok odruchowo drgnęło z zaskoczenia. Klatka piersiowa unosiła mi się gwałtownie, oczy piekły od niewylanych łez, a kiedy wreszcie zdołałam się odezwać, głos zadrżał od ledwo powstrzymywanej emocji.

— Dość.

Tylko to jedno słowo. Potem odwróciłam się i przepchnęłam przez tłum, kierując się do wyjścia.

Obcasy stukały o marmur w chaotycznym rytmie, gdy biegłam. Lejąca spódnica zahaczyła o róg stołu i o mało się nie potknęłam, ale biegłam dalej. Za sobą usłyszałam głos Chloe, ociekający udawanym zdumieniem. — Ojej, czy ona jest urażona? Ja tylko żartowałam… — Satysfakcja w jej tonie była nie do przeoczenia.

Wypadłam przez obrotowe drzwi Obsidian Hotel w zimną, seattle’owską noc. Wiatr uderzył mnie w twarz, wilgotny i tnący, przebijając się przez cienki jedwab sukienki. Pobiegłam ulicą bez celu, wiedząc tylko, że muszę uciec — od drwiących spojrzeń, od jadowitych słów Chloe, od lodowatej obserwacji Juliana, patrzącego na moje roztrzaskanie.

Łzy, które powstrzymywałam, w końcu puściły, rozmazując mi obraz, aż światła miasta stały się tylko rozciągniętymi smugami koloru. Zatrzymałam się na rogu, oparłam dłonie na kolanach i łapałam powietrze, a klatka piersiowa czuła się tak, jakby coś rozrywało mnie od środka.

Wtedy zobaczyłam po drugiej stronie ulicy neonowy szyld: Neon Nights.

Bar. Potrzebowałam alkoholu. Potrzebowałam czegokolwiek, co pomoże mi zapomnieć, że ta noc w ogóle istniała.

Zachwiałam się, przechodząc przez jezdnię, i pchnęłam ciężkie drewniane drzwi.

Uderzająca elektroniczna muzyka i przytłumione purpurowo-niebieskie światło natychmiast mnie pochłonęły. Osunęłam się na stołek barowy na samym końcu lady i zachrypniętym głosem rzuciłam do barmana: — Tequila. Trzy shoty. Czysta, bez lodu.

Barman był młodym Betą; spojrzał tylko na moje zaczerwienione oczy i rozmazany makijaż, i nie zadał żadnych pytań. Szybko ustawił trzy kieliszki w rzędzie i napełnił każdy przezroczystym płynem.

Wypiłam pierwszy shot. Palenie w gardle sprawiło, że żołądek zaprotestował, ale zamknęłam oczy, oddychałam przez to, a gdy znów je otworzyłam—

Zobaczyłam mężczyznę siedzącego na drugim końcu baru.

Miał na sobie czarną koszulę z rękawami niedbale podwiniętymi do łokci, odsłaniającymi przedramiona szczupłe i umięśnione, o wyraźnie zarysowanych liniach. Jego ciemnobrązowe włosy były lekko potargane; kilka kosmyków opadało mu na czoło. Patrzył w dół na szklankę whisky w dłoni, a kostki lodu cicho brzęczały w bursztynowym płynie.

Potem podniósł wzrok.

Szaro-zielone oczy, głębokie jak ocean przed burzą. Nawet w tym przyćmionym świetle zdawały się świecić własnym blaskiem.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział